GłównaRozdziały › Rozdział 14
Rozdział 14

Nie wrogowie

Rozdział 14

Data7 августа, 2026
Ocena ☆☆☆☆☆ Brak ocen
TomTom 2
MiejsceRuiny
TematyPrzetrwanie / Zaufanie / Przyjaźń / Polityka / Тайна
StatusOpublikowane

TEKST ROZDZIAŁU

Rozdział 14 — Nie wrogowie

Wszystko było jak we mgle. Obrazy ostatniej walki, twarze towarzyszy i pożegnanie przy metalowych wrotach zlewały się w jeden rozmazany obraz. Gryząca sadza drapała gardło. Ranna dziewczyna ciężko zakasłała, wciąż nie odzyskawszy przytomności, a kaszel głuchym echem rozszedł się po ścianach na wpół zrujnowanego ceglanego budynku.

— Kh-kh… Hej, Oli! Ty tam rozpalasz ognisko czy postanowiłaś wykurzyć nas wszystkich dymem z lasu? — dobiegł z zewnątrz głos Michaela.

Niewielki dom z czerwonej cegły stał pośrodku lasu. Jego stare ściany dawno porósł mech, a zamiast dachu leżała na nich ogromna betonowa płyta. Jedna ze ścian zawaliła się, zostawiając po sobie kupę cegieł, przez którą teraz trudno było przedostać się do środka.

— No już przepraszam! Sam widzisz, wszystko wokół mokre. Gdzie mam ci znaleźć suche gałęzie? Dobrze, że w ogóle rozpaliłam — niezadowolona Olivia klęczała przy ognisku. Co chwilę dmuchała na wilgotne gałęzie, odgarniała z twarzy włosy, żeby nie wpadły w ogień, i kaszlała od gęstego dymu. — Lepiej byście pomogli. I po co wy w ogóle się tym zajmujecie? Zostawilibyście ich tam, jak uczono, i tyle.

— Uczyć was jeszcze i uczyć — ciężkim głosem powiedział Michael. — Paweł, bierz za ręce i niesiemy. Tego wielkoluda sam nie dociągnę.

Michael z Pawłem zdjęli z wozu bezwładne ciało jednego z obcych i ponieśli je za dom.

— A jeśli potrzebujesz pomocy, poproś tam Reina. Może chociaż do siebie dojdzie, bo jakiś blady chodzi. Pewnie pierwszy raz zobaczył tyle trupów.

Rein stał przy wozie, oglądając niezwykłą krystaliczną broń obcych. Mdłości to podchodziły mu do gardła, to odpuszczały. Sam, stojący obok, z zachwytem obracał w dłoniach krystaliczne duale, ale wyglądał przy tym jak nie swój. Blask przezroczystych kling jakby go przyciągał, a oczy pokryła wyraźnie widoczna szklana mgła. Jednocześnie przerażało to Reina i kazało mu podziwiać odwagę Sama — wydawało się, że leżący obok martwi wcale go nie niepokoją.

Olivia, prawie skończyłem opatrywać rany! Zaraz zmienię bandaże i pomogę! — krzyknął Luka z domu.

Ostrożnie wydostał się na zewnątrz, z trudem stawiając zmęczone nogi na połamanych cegłach, obszedł dom i ruszył przez niewielki lasek ku deszczowemu jezioru u podnóża góry.

— Oj, Paweł, przepraszam, nie zauważyłem cię — Luka omal nie wpadł na Pawła, który stał za drzewem i łapał oddech.

— Jak ona tam? Chociaż żyje?

— Wszystko w woli Udgałły. Silnej gorączki chyba nie ma.

— A gdzie ma się podziać? — powiedział Michael, dalej pogłębiając jamę niedaleko. — Skoro poradziła sobie z Oksisem i trzymała się do samego końca, to nie jest zwykła włóczęga. Z taką obcą trzeba uważać. A ty, Paweł, kop, dość odpoczywania. Zaraz zupełnie się ściemni. Przed nocą trzeba pozbyć się zapachu krwi i trupów, inaczej następnym pokarmem Oksisów będziemy my.

Niezrozumiała obca mowa docierała do dziewczyny przez szum w głowie i znów rozpływała się w ciężkim odrętwieniu. Gryzący dym nadal drapał gardło, ale teraz mieszały się z nim zapachy krwi, wilgotnej ziemi i nieznanych ziół. Gdzieś za ścianą łopata z głuchym stukiem wbijała się w ziemię.

Dziewczyna powoli uchyliła oczy. Nad nią rozmywała się okopcona szara płyta, zastępująca dach zrujnowanego domu. Próba poruszenia się odpowiedziała bólem w całym ciele. Natychmiast znów zacisnęła powieki i zamarła, starając się oddychać jak najrówniej.

Obce głosy. Nieznane miejsce. Jej broni nie było obok.

Z zewnątrz dobiegł skrzyp wozu, a potem ciężkie kroki. Przez rzęsy dziewczyna zobaczyła, jak dwaj mężczyźni zdjęli jedno z martwych ciał jej towarzyszy i ponieśli je za budynek. Prawie spróbowała się podnieść, ale ciało jej nie posłuchało. Musiała dalej udawać nieprzytomną.

Wkrótce ktoś ostrożnie przedostał się przez połamane cegły i wszedł do środka. Luka postawił obok naczynie z wodą, uklęknął przy dziewczynie i zaczął zmieniać przesiąknięte krwią opatrunki, ostrożnie nakładając na rany coś lepkiego i zimnego. Zniosła to bez ruchu, gdy jego ręce dotykały ramienia i boku. Ale kiedy Luka uniósł skraj czarnego płaszcza i sięgnął do jej nogi, dziewczyna gwałtownie otworzyła oczy i ostatkiem sił kopnęła go piętą w pierś.

Ǎgur̗nam! No dǔtug mi! Hǎur dǔkru ka en mi am̗sot̗nam!

Dzikusie! Nie dotykaj mnie! Lepiej zabij, tak jak moich braci!

Drżącymi ze słabości rękami sięgnęła do pasa i wyjęła niewielki metalowy przedmiot — prawie kwadratowy, z zaokrągloną krawędzią i mnóstwem drobnych otworów po jednej stronie.

Ev̗zor! Ev̗zor! Vena dǔkav! Am̗gom̗nam dǔmo. Mi vun. Zan pom. Dǔrav!

Alarm! Alarm! Vena wzywa! Oddział zginął. Jestem ranna. Potrzebna pomoc. Odpowiedzcie!

Zamarła, czekając na odpowiedź, ale metalowe pudełko milczało.

Luka odpełzł po uderzeniu, chwycił włócznię i wymierzył ją w dziewczynę.

— Głupia Tetu! Próbowałem ci pomóc! Michael! Michael, ona odzyskała przytomność i chyba jest wrogo nastawiona!

Za domem rozległ się głuchy łomot, jakby coś ciężkiego spadło na ziemię, a zaraz potem zbliżające się kroki. Michael i Paweł szybko wbiegli do środka.

— Spokojnie, spokojnie… Uspokój się, nie zrobimy ci krzywdy — Michael powoli podszedł bliżej, trzymając ręce przed sobą i płynnie opuszczając je z góry na dół.

— No dǔrǔne, ǎgur̗nam!

Nie podchodź, dzikusie! — głośno krzyknęła dziewczyna.

Jej ręce zadrżały jeszcze mocniej. Kilka razy potrząsnęła metalowym pudełkiem, nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, a potem rzuciła nim w Michaela. Ostatkiem sił podciągnęła nogi do siebie i zakryła głowę rękami, jakby spodziewała się, że zaraz wydarzy się coś strasznego.

— Czym ją tak przestraszyłeś, Luka? — Michael zatrzymał się i gestem kazał mu opuścić włócznię.

— Ja jej niczym nie straszyłem! Sama się na mnie rzuciła!

— Spokojnie, uspokój się — kontynuował Michael i powoli przykucnął niedaleko. Wziął bukłak z wodą i spróbował podać go dziewczynie.

Ta drżała i niespokojnie rozglądała się na boki, próbując znaleźć cokolwiek, czym mogłaby się obronić. Kiedy Michael zbliżył bukłak, gwałtownie wybiła mu go z rąk.

— Bez sensu. Jest wściekła i mówi jakoś dziwnie. Może ma coś z głową? — Paweł podniósł bukłak i podał go Michaelowi.

W tej chwili do środka weszła Olivia, trzymając w rękach płonącą pochodnię.

— Przecież ją straszycie, nie widzicie? Trzech facetów otoczyło ranną dziewczynę — ja też bym się przestraszyła.

Olivia zabrała Michaelowi bukłak, otworzyła go i upiła mały łyk, pokazując, że w środku jest zwykła woda. Potem przykucnęła i znów podała go dziewczynie.

— Jestem Olivia — powiedziała, wskazując palcem na siebie. Potem po kolei pokazała na pozostałych: — Paweł. Michael. Luka.

Na zewnątrz znów rozległy się kroki i do domu weszli Rein z Samem. Sam trzymał w rękach jeden z krystalicznych duali i tak uważnie wpatrywał się w przezroczystą klingę, że przedzierając się przez połamane cegły, prawie upadł.

Dǔgir̗ou sa mi!

Oddaj! To moje! — dziewczyna gwałtownie sięgnęła po broń, czym przestraszyła Sama.

Sam, oddaj jej dual. Może z bronią poczuje się bezpieczniej i trochę się uspokoi — powiedział Michael, cofając się jeszcze o krok. — Tylko ostrożnie.

Sam powoli podszedł i podał jej broń rękojeścią do przodu. Dziewczyna natychmiast wyrwała dual i przycisnęła go do piersi.

— Więc jak masz na imię? — znów zapytała Olivia, wskazując palcem najpierw na siebie, a potem na dziewczynę. — Ja — Olivia.

Vena! — odpowiedziała dziewczyna, wskazując najpierw na siebie, potem na Olivię. — A Olivia!

— Nie „a Olivia”, tylko po prostu Olivia. O-li-vi-a! — roześmiała się tamta, trzymając bukłak z wodą.

Vena wzięła go jedną ręką, nie wypuszczając broni przyciśniętej do siebie. Najpierw powąchała wodę, potem uważnie obejrzała bukłak i ostrożnie spróbowała, jakby sprawdzała, czy nie jest zatruta. Upewniwszy się, że nie ma zagrożenia, zaczęła łapczywie pić.

— No, na pewno będzie żyć. Oli, zostań z Luką i miejcie na nią oko, ale trzymajcie dystans. Nie wiadomo, co jeszcze wywinie. A wy, nieroby! — Michael dał Samowi klapsa w tył głowy i zamachnął się na Reina. — Idźcie do ogniska. Już i bez was się rozpaliło. Usmażcie mięso. Nie będziemy męczyć jej pytaniami, niech się uspokoi i odpocznie. Sama potem opowie, co i jak. Tylko żeby jeszcze dało się cokolwiek zrozumieć…

Michael z Pawłem znów wyszli za dom. Po dźwiękach dochodzących stamtąd było jasne, że wrócili do grzebania poległych. Za każdym razem, kiedy łopata z głuchym stukiem wbijała się w ziemię, Vena wzdrygała się i mocniej przyciskała do ściany, mamrocząc pod nosem coś niezrozumiałego.

Am̗gur̗nam…

Co dokładnie to znaczyło, nikt nie zrozumiał, ale raczej nie były to czułe słowa wdzięczności.

Kiedy Michael z Pawłem skończyli, wrócili do domu, do Olivii i Luki. Obaj ciężko oddychali, a dłonie mieli czerwone od długiej pracy z łopatą.

Luka, daj mi trochę tej maści, którą ją opatrywałeś — poprosił Michael, oglądając obtarte na dłoniach pęcherze. — Jeszcze trochę i sam położę się u ciebie na zmianę opatrunku.

Luka podał mu mały słoiczek. Michael nabrał palcem trochę lepkiej mieszanki i zaczął ostrożnie wcierać ją w dłonie.

— Dobrze chociaż, że wóz był już bez towaru — powiedział. — I łopatę wzięliśmy ze sobą. Gdyby trzeba było tylko obłożyć ciała kamieniami, długo nie ukryłoby to zapachu.

Odwrócił głowę w stronę ogniska.

Rein! Sam! Długo jeszcze?

— Jeszcze trochę! — dobiegła odpowiedź Sama.

W nocnej ciszy z daleka rozległ się przeciągły krzyk Oksisa. Po kilku chwilach odpowiedział mu drugi, a potem gdzieś jeszcze dalej — trzeci. Dźwięki swobodnie niosły się nad ucichłym lasem, przez co wydawały się znacznie bliższe, niż były naprawdę.

Vena gwałtownie drgnęła i mocniej przycisnęła do siebie broń.

am̗aěpir̗el. am̗aěpir̗el.

Ptaki… ptaki… — pospiesznie wymamrotała w swoim języku, niespokojnie wpatrując się w ciemność za zburzoną ścianą.

Wkrótce Sam wszedł do środka, niosąc kilka kawałków pieczonego mięsa. Trochę zbyt długo trzymał je nad ogniem: brzegi sczerniały, a od ubrań i włosów chłopca wyraźnie pachniało dymem. Podszedł do Veny i jako pierwszej podał jedzenie jej.

Dziewczyna ostrożnie wzięła mięso wolną ręką, ale nie zaczęła jeść. Uważnie obserwowała otoczenie, jakby czekała, co stanie się dalej. Dopiero kiedy Sam wrócił do ogniska, a pozostali zaczęli kolację, Vena powąchała kawałek, ostrożnie ugryzła i zaczęła powoli żuć.

Nad lasem znów przetoczył się krzyk Oksisa.

Tym razem dziewczyna niemal poderwała się z miejsca. Ból od razu zmusił ją, by osunęła się z powrotem, a dual trzymała już przed sobą obiema rękami, gotowa do obrony.

— Spokojnie, są daleko — Michael powoli się zbliżył, ale widząc niezrozumienie w jej oczach, zatrzymał się. — Oczywiście… Po co ja to mówię.

Podniósł z ziemi kawałek cegły i przykucnął przy małym ognisku wewnątrz budynku, które służyło raczej za źródło światła niż ciepła. Na oświetlonej ogniem ziemi Michael narysował długą linię, przedstawiając drogę, a potem żelazny wóz, przy którym znaleźli dziewczynę. Następnie wskazał na rysunek, potem wyciągnął rękę w stronę drogi i palcami pokazał dużą odległość.

— Tam — powiedział, znów wskazując w dal. Potem dotknął ziemi obok siebie. — A my tutaj.

Vena ostrożnie obserwowała jego rękę. Po kilku chwilach przeniosła wzrok na rysunek, potem na ciemny las i powoli opuściła broń.

Kiedy kolacja się skończyła, do niewielkiego paleniska wewnątrz budynku dołożono kilka płonących polan z zewnętrznego ogniska. Ogień był tu już potrzebny bardziej dla ciepła niż dla światła: słabe języki płomieni wyrywały z mroku okopcone cegły, twarze siedzących wokół ludzi i przezroczyste klingi złożone niedaleko wozu.

Rein już od dłuższego czasu oglądał broń obcych, to podnosząc jeden z duali bliżej ognia, to obracając go drugą stroną. W głębi kryształu zapalały się i zaraz gasły przytłumione refleksy.

I tak nie rozumiem. Materiał jest taki sam jak w grotach z serc bestii. Tylko kryształów takiego rozmiaru nie ma. Czyli jakoś je łączą albo zmuszają do wzrostu — myślał.

— Piękne — powiedział Sam, siedzący obok i nieodrywający wzroku od przezroczystej klingi. — Też chciałbym mieć coś takiego.

— Jasne, że byś chciał. Taka broń pewnie kosztuje cały majątek — odpowiedział Rein i natychmiast ugryzł się w język, rozumiejąc, że niepotrzebnie powiedział to na głos.

Rein, ty nawet tutaj nie możesz bez handlu? — uśmiechnęła się Olivia. — Spróbuj zapytać. Może Vena odstąpi ci drugi kling za parę zielonych.

Kilka osób cicho się roześmiało. Vena nie zrozumiała ich słów, ale ostrożnie spojrzała w stronę broni i mocniej przycisnęła do siebie zwrócony dual.

Аm̗gur̗nam ka can dǔtug dat ěmet̗kru am̗Jean.

Dzikusy… Jak możecie dotykać broni Dżeanów? — cicho i niezadowolona Vena wymamrotała pod nosem.

— Wystarczy podziwiania — powiedział Michael, zauważywszy jej niezadowolenie. — Pierwsi pilnują Rein i Sam. Jeden patrzy na drogę i las, drugi — na dom i ogień. Reszta śpi.

Kiedy rozmowy ucichły, ludzie zaczęli układać się do snu prosto na ziemi, podścielając płaszcze i wszystko, co znalazło się na wozie. Luka jeszcze raz sprawdził opatrunki Veny, nie zbliżając się do niej bez ostrzeżenia, po czym położył się niedaleko Olivii. Michael ułożył się przy zburzonej ścianie, kładąc kuszę obok siebie. Vena została przy dalszej ścianie, nie wypuszczając broni z rąk.

Długo siedziała nieruchomo, wsłuchując się w obcy oddech i rzadkie głosy wartowników. Rein co jakiś czas obchodził dom, wpatrując się w ciemny las, a Sam siedział przy wejściu, ale coraz częściej odwracał głowę ku krystalicznym klingom leżącym przy wozie.

Odczekawszy, aż kroki Reina się oddalą, a Sam przestanie dreptać w miejscu i pójdzie w drugą stronę, Vena powoli wstała. Nogi jej drżały, każda rana odpowiadała bólem, ale mimo to dotarła do zburzonej ściany i ostrożnie przedostała się przez rozsypane cegły.

Za domem było ciemno. Tylko słabe światło paleniska przebijało się na zewnątrz i ledwo oświetlało najbliższe drzewa. Księżyc prawie nie pomagał: jego światło z trudem przesączało się przez gęstą plątaninę gałęzi. Opierając się na dualu, Vena zrobiła kilka kroków i zatrzymała się.

Przed nią leżały świeże mogiły. Ziemia na nich była starannie wyrównana, a z wierzchu ułożono kamienie, żeby drapieżniki nie mogły dostać się do ciał. Nikt nie zostawił jej towarzyszy, by gnili przy drodze. Nie odarto ich z ubrań i nie rzucono na pożarcie zwierzętom.

Vena powoli spuściła wzrok. Ludzie, których wzięła za dzikusów i morderców, pochowali poległych jak swoich.

Postała tak chwilę i spróbowała iść dalej, ale nogi zaczęły się pod nią uginać. Zrobiwszy jeszcze kilka kroków, omal nie upadła i tylko w ostatniej chwili utrzymała się, opierając obie ręce na rękojeści dualu. Odwróciwszy się, zobaczyła Michaela.

Stał przy domu i w milczeniu ją obserwował. Nie zbliżał się i nie trzymał broni w rękach. Vena czujnie się wyprostowała, spodziewając się, że spróbuje ją zawrócić, ale Michael tylko rozłożył ręce na boki, a potem wskazał w ciemność, pokazując, że jest wolna i może odejść.

Potem zacisnął palcami nos, wskazał na mogiły, rękami pokazał szerokie skrzydła i wskazał w stronę lasu. Następnie znów zakrył nos i przesunął dłonią nad ziemią.

Vena spojrzała na mogiły. Teraz zrozumiała: ciała ukryto razem z zapachem krwi, żeby drapieżne ptaki ich nie znalazły i nie wróciły tutaj.

Siły ostatecznie ją opuściły. Dziewczyna osunęła się na ziemię, wciąż opierając się na klingi. Ramiona jej zadrżały, a po policzkach popłynęły łzy, których nie mogła już powstrzymać.

Michael powoli podszedł i wyciągnął rękę, ale jej nie dotknął. Vena przez chwilę patrzyła na jego otwartą dłoń, po czym ostrożnie się jej chwyciła. Pomógł jej wstać i odprowadził z powrotem do domu.

Przy wejściu Michael zatrzymał się i spojrzał na wartowników.

— Co wy tutaj robicie?! — ryknął tak głośno, że w środku budynku od razu poruszyli się przebudzeni ludzie. — Jak ona przeszła obok was?

— Ja pilnowałem lasu! — zaczął tłumaczyć się Rein. — Za to, co dzieje się w środku obozu, miał odpowiadać Sam.

— Nic podobnego! — oburzył się Sam. — Powiedziałeś, że obchodzisz dom ze wszystkich stron!

— Cicho, obaj! — Michael ledwo się powstrzymywał, żeby każdemu nie dać po głowie. — Gdyby postanowiła nie odejść, tylko poderżnąć nam gardła we śnie, też byście się kłócili, kto miał patrzeć? Jeden pilnuje lasu, drugi — ludzi w środku. To było aż tak trudne do zapamiętania?

Rein i Sam zamilkli z poczuciem winy. Pozostali, upewniwszy się, że nie ma zagrożenia, znów zaczęli się układać. Michael pomógł Venie usiąść przy ścianie, po czym jeszcze jakiś czas stał przy wejściu, niezadowolony spoglądając na wartowników.

Noc trwała dalej. Las stopniowo znów pogrążał się w ciszy, tylko od czasu do czasu przerywanej dalekimi krzykami Oksisów. Ale Rein już nie mógł się uspokoić. Co chwilę zerkał na wóz, przy którym leżała broń poległych. Światło paleniska odbijało się w przezroczystych klingach, zmuszając je do migotania w ciemności.

Myśl, żeby chwycić choć jeden dual i odejść przed świtem, nie opuszczała go. Taka broń mogła uczynić go bogatym. Być może nawet najbogatszym kupcem wśród Wilków.

Ale gdy tylko z lasu dobiegał kolejny przeciągły krzyk Oksisa, Rein mocniej zaciskał dłoń na rękojeści swojego bicza i przysuwał się bliżej ognia. Pragnienie posiadania krystalicznej klingi było wielkie, jednak strach przed samotnością w nocnym lesie na razie okazywał się silniejszy.

Noc dobiegała końca i warta zdążyła się zmienić. Nad ranem Vena w końcu zasnęła. Michael tymczasem przygotowywał mięso, nie chcąc znów jeść zwęglonych kawałków, a Olivia z Pawłem poszli obejrzeć okolicę i upewnić się, że droga jest bezpieczna.

— Michael, a co dalej? Ona pojedzie z nami? — zapytał Sam, spuszczając wzrok i wciąż czując winę za nocne przewinienie.

— Udgałła go wie. Mam już was w zupełności dość. Zechce — pojedzie z nami, tam ją podleczą, a potem niech idzie na wszystkie cztery strony.

Usłyszawszy to, Rein wyraźnie się ożywił. Czyli wciąż miał szansę coś zarobić. Może uda się wymienić jedzenie i leki na broń — wtedy kryształy nie będą mu już potrzebne.

Powiał chłodny poranny wiatr i zza domu rozległy się kroki. Michael odwrócił się, uznając, że wrócili Olivia z Pawłem. Ale w następnej chwili w jego oczach mignął strach, a ręka sama sięgnęła po leżącą obok kuszę.

Sam, stojący plecami do domu, nie rozumiał, co się dzieje, i wciąż próbował coś powiedzieć. Michael drugą ręką gwałtownie odepchnął go w bok i wymierzył kuszę w nieznajomego.

Przy domu stał mocny, krótko ostrzyżony mężczyzna w ciężkim czarnym płaszczu, podobnym do płaszcza Veny. Pod nim widać było wielowarstwowy skórzany pancerz, pokryty pasami i metalowymi nitami. Za ramieniem miał zamocowaną kuszę, a przy pasie wisiały krystaliczne bełty i długa przezroczysta klinga. Twarz nieznajomego pokrywał krótki zarost, a stara głęboka blizna ciągnęła się od czoła przez lewą brew i oślepłe, zasnute białawą mgłą oko. Jedną ręką mocno trzymał przed sobą Olivię, a drugą przyciskał do jej gardła krótki krystaliczny nóż.

Ǎsa du̗ur.

Hej, wstawaj! — powiedział, na moment odwracając głowę ku śpiącej Venie, ale zaraz znów spojrzał na Michaela.

Am̗gur̗nam, sha tum ud ǎsa dǔkel?

Dzikusy, coście jej zrobili?

— Hej, hej, spokojnie. Puść dziewczynę, twoja towarzyszka po prostu śpi — Michael starał się mówić przyjaźnie, ale nie opuszczał kuszy.

Vena!

Vena!

Głośny głos obcego obudził dziewczynę i ta gwałtownie drgnęła z zaskoczenia.

Dǔfen lǒtok lǒsha dǔsom du̗ur.

Znalazłaś sobie miejsce na spanie. Wstawaj — zirytowany głos obcego rozszedł się po całym lesie.

Bor dǔnuk Bogdar!

Bor, Bogdar! — cienkim, zachrypniętym głosem powiedziała Vena.

— Am̗sa no am̗zǎnam.

Oni nie są wrogami.

— No zan̗ha. Lǒsha am̗nam?

Nieważne. Gdzie ludzie? — Bor ścisnął Olivię jeszcze mocniej.

Od niezrozumiałych słów obcych napięcie tylko narastało. Po plecach Michaela zaczął spływać zimny pot.

— Om mǒha. Am̗sa dǔhǎret mi.

Wszyscy martwi. Oni mnie uratowali — odpowiedziała Vena.

— Ev̗zǎlu. Ka dǔsav̗kan fo am̗Jean?

Hańba. Jak wytłumaczysz się przed Dżeanami? — burknął obcy i splunął na bok.

Potem znów spojrzał na Michaela.

— Ja nie chcieć zła. Ja zabrać towarzyszkę i odejść. Potem puścić dziewczynę.

Znajoma, choć łamana mowa dała choć kroplę nadziei.

Vena powoli wstała i, kulejąc, podeszła do Bora. Potem ręką wskazała na wóz, gdzie leżała broń poległych.

— Hańba — powtórzył Bogdar.

Nie odsuwając noża od gardła Olivii, niechętnie przekazał ją Venie.

— My zabrać i swoją broń — powiedział Bogdar, patrząc na Michaela.

Podszedł do wozu i zaczął zbierać broń towarzyszy, mocując klingi to przy pasie, to na plecach.

W krzakach coś się poruszyło i zza gałęzi pokazał się Paweł. Bogdar zareagował natychmiast: wyrwał jeszcze jeden krótki nóż i cisnął nim w stronę młodzieńca. Krystaliczna klinga z ostrym świstem wbiła się w drzewo jak w miękką ziemię. Paweł drgnął i odruchowo nacisnął spust.

Bełt przeleciał tuż obok włosów Veny, uderzył w ceglaną ścianę i, odbiwszy się, poleciał w bok.

— Spokojnie! Spokojnie, uspokoić się! — krzyknął Michael. — Bo zaraz wszyscy się tutaj pozabijamy. Puśćcie naszą przyjaciółkę, zabierajcie swoją towarzyszkę i wynoście się. Cudzego nam nie trzeba. Też mi wdzięczność za uratowanie!

— Paweł, wyjdź z lasu i opuść kuszę! — rozkazał Michael, powoli kierując broń ku ziemi.

Bogdar uważnie śledził jego ruch, po czym krótko syknął na Venę, nakazując jej puścić dziewczynę.

Ledwie Olivia poczuła, że już jej nie trzymają, rzuciła się w stronę Reina i Sama. Ci stali z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami, w milczeniu obserwując, co się dzieje.

— Oli, cała jesteś? — dobiegł z lasu głos Pawła, który aż do rozkazu Michaela wciąż trzymał obcego na celowniku.

— Cała — krótko odpowiedziała, nie odrywając oczu od Bogdara.

Ten powoli zdjął z ramienia kuszę i na jej miejscu zamocował miecz. Potem podszedł do Veny i, osłaniając ją sobą, zaczął ostrożnie odsuwać się ku lasowi.

— Dǔru vez. Dat lǒwǎru.

Idziemy szybciej. Do rzeki.

Nie spuszczając wzroku z Michaela, Bogdar dalej cofał się za Veną.

— Myśleć, więcej nie zobaczyć ciebie, dzikusie.

Vena powoli zniknęła między drzewami. Bogdar jeszcze przez kilka chwil trzymał Michaela na celowniku, potem wszedł w las i zniknął tak samo niepostrzeżenie, jak się pojawił.

Wszyscy naraz opadli na ziemię i głośno wypuścili powietrze.

Koniec rozdziału.

0%

Zaloguj się, aby zapisywać postęp czytania.

LOKACJA

Świątynia Silim

Świątynia zbudowana przez mieszkańców Gęstego Lasu jeszcze przed upadkiem osady. Po przybyciu Strenda, świątynia stała się centrum nowej wiary wokół kokonu Diany i jednym z najpotężniejszych miejsc na terytorium Kości.

Otwórz osadę ›

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

✦ Wspomniane w rozdziale Krótka lista miejsc, bohaterów i istot naprawdę powiązanych z tym rozdziałem. Blok można zwinąć.