GłównaRozdziały › Rozdział 12
Rozdział 12

«Po śnie»

Rozdział 12

Data21 июля, 2026
Ocena ☆☆☆☆☆ Brak ocen
TomTom 2
MiejsceGóry
TematyPrzyjaźń / Polityka / Romans / Rodzina / Handel
StatusOpublikowane

TEKST ROZDZIAŁU

Rozdział 12 — „Po śnie”

Gwiaździste niebo powoli wypełniało firmament, a światło księżyca oświetlało tymczasowo rozbity obóz. Paweł siedział przy ognisku, nie przestając się drapać, i raz zerkał na Olivię, która siedziała naprzeciwko i co chwilę syczała na Reina, żeby mówił ciszej, raz przenosił wzrok na Sama. Ten leżał na wozie, wciąż nie odzyskując przytomności, tylko od czasu do czasu niespokojnie poruszając się przez sen.

Luka, a ty na pewno narwałeś tych właściwych ziół? Bo po twojej cudownej maści całe ciało mnie swędzi.

— No pomogło, prawda? To znaczy, że właściwe! Nie rozpraszaj mnie, mam ważne zadanie.

Z najpoważniejszą miną Luka stał z włócznią na warcie razem z Michaelem, tylko po przeciwnych stronach obozu.

— Zwykle nie da się ciebie uciszyć, a teraz taki ważny się zrobiłeś — zawołał Michael z drugiej strony obozu. — Nie przejmuj się tak, bo do rana na posterunku nie wytrzymasz.

Sam Michael starał się mówić spokojnie, choć było widać, że sam martwi się o Sama nie mniej niż reszta.

Rein, chcąc po raz kolejny pokazać się z najlepszej strony, od razu zgłosił się do stania na warcie. Po raz pierwszy tego wieczoru oderwał się od Olivii, którą bez końca wypytywał, co to był za huk w lesie, po którym poderwały się ptaki. Jasnej odpowiedzi nie dostał i wyraźnie drażniło to młodego kupca.

— No już nie — roześmiała się Olivia. — Lepiej niech Paweł popilnuje. Jeszcze tylko brakowało, żeby postawić kupca na warcie. Zaśniesz i co wtedy zrobimy? Paweł i tak przez swoją maść nie zaśnie. A potem ja go zmienię. Więc Rein, odczep się już.

Podniosła się, rzuciła spojrzenie na naburmuszonego Pawła, ciężko westchnęła i podeszła do wozu.

— Jak się tu masz, bohaterze… — cicho wyszeptała, poprawiając Samowi koc. — No już, obudź się… Wystarczy nas straszyć.

Olivia przykucnęła obok wozu. Po takim dniu jej samej też przydałoby się choć trochę odpoczynku.

Rein wstał, rozprostował zdrętwiałe kości, pokręcił głową na boki i powoli ruszył w stronę Olivii, która już zaczynała zasypiać.

— Hej, hej! A ty dokąd pysk odwróciłeś i łapy kierujesz? Siadaj! Będziesz spał przy ognisku! — niezadowolony Paweł burknął, prawie dławiąc się śliną ze złości.

— Daj spokój. Idę się odlać.

Nie dochodząc do Olivii, Rein jak gdyby nigdy nic przeszedł obok wozu, wszedł w krzaki, zrobił małe kółko i po kilku minutach wrócił do ogniska.

— Co, bałeś się sam iść w ciemność? Też mi Wilk — uśmiechnął się Paweł.

— Nie-e. Po prostu od słuchania, jak się drapiesz niczym zapchlony Khemar, całkiem odechciało mi się wszystkiego.

W tej chwili w krzakach coś zaszurało.

Rein natychmiast się wyprostował i zrobił krok bliżej ogniska, a jego prawa ręka sama powędrowała ku biczu. Paweł też od razu się spiął i w milczeniu wstał.

Trzask ogniska. Cisza.

Szelest stawał się coraz bliższy.

Z ciemności pokazały się dwa świecące ogniki.

— No, no… Jeszcze mnie tu zatłuczcie.

Najpierw z krzaków pojawiły się oczy Michaela, odbijające płomień ogniska, a zaraz potem wyszedł i on sam.

— Co wy tu mruczycie? Kładźcie się spać. Niedługo warta, a wy jeszcze oka nie zmrużyliście.

Michael podniósł bukłak z wodą, z uśmiechem spojrzał na przestraszonych Pawła i Reina, zrobił kilka łyków i spokojnie ruszył dalej obchodzić obóz.

— Ale się spiąłeś, a mówiłeś, że się nie bałeś — od razu dogryzł Paweł.

— A ty niby co? Taki sam. Też mi wojownik-łowca… Pff.

Rein zdjął rękę z rękojeści bicza, demonstracyjnie odwrócił się od Pawła i położył plecami do ogniska.

Cisza powoli otuliła obóz, zostawiając tylko trzask ognia i rzadkie drgnięcia Pawła oraz Reina, którzy co chwilę wzdrygali się od każdego wycia dochodzącego z głębi lasu. Ostatni zasnął Paweł. Ze wszystkich sił powstrzymywał się, żeby się nie drapać, a ręce same ciągle obmacywały świeże łaty na ubraniu, sprawdzając, czy szwy się nie rozeszły.

— Hej… Obudź się. I obudź Oli.

Kilka godzin później Michael cicho potrząsnął Pawła za ramię. Ten usiadł, sennie ziewając, długo nie mógł zrozumieć, co się dzieje, a potem, głośno mlaskając, zaczął zbierać myśli do kupy.

— No dawaj, czego się rozłożyłeś?

Paweł wstał i, szurając nogami, powoli ruszył do Olivii, po drodze rozciągając zdrętwiałe nogi. Dziewczyna spała mocno, oparta o wóz, a światło księżyca miękko oświetlało jej twarz.

Paweł mimowolnie się zatrzymał.

Przed oczami od razu pojawił się całkiem niedawny obraz: Olivia ściąga z niego koszulę i spodnie, żeby zaszyć ubranie, Luka pospiesznie rozciera zioła w moździerzu, a Michael rozkazuje, żeby szybciej przemywali rany. Gdyby teraz był dzień, pewnie dałoby się zobaczyć, jak Paweł poczerwieniał.

Ostrożnie się pochylił, zamierzając cicho obudzić dziewczynę, ale gdy tylko się zgiął, bok przeszył ostry ból.

— Aj…

Olivia nawet przez sen wyczuła, że ktoś jest obok. Gwałtownie podrywając się, z całej siły uderzyła czołem w czoło Pawła.

— Aj!.. — Paweł złapał się za czoło. — Czemu tak nagle podskoczyłaś?

— A ty czemu tak blisko podpełzasz?

— Cii… Nie drzyjcie się — sennie wymamrotał Michael, już układając się przy dogasającym ognisku. — Luka dopiero zasnął… I… drewna… dorzućcie… bo zgaśnie…

Nie dokończywszy, przewrócił się na drugi bok i zachrapał jeszcze zanim Paweł z Olivią zdążyli zdecydować, kto pójdzie w którą stronę.

Podchodząc do wozu, na wszelki wypadek dotknęli czoła Sama.

Gorączki nie było.

Chłopiec niespokojnie się wiercił i niewyraźnie mamrotał przez sen:

— Mmm… mniam… zimniutkie… lody…

Spojrzeli na siebie i cicho się uśmiechnęli, choć nie zrozumieli ani jednego słowa.

— Czyli będzie żył — szepnęła Olivia.

Upewniwszy się, że z nim wszystko w porządku, w milczeniu rozeszli się na przeciwne strony obozu. Oboje chcieli porozmawiać o tym, co się stało, ale decyzja przyszła sama. Dopóki Sam się nie ocknie, nie miało sensu o tym mówić.

Od samego rana na warcie został tylko Rein. W świetle słońca las nie wydawał się już tak niebezpieczny, a dobry widok wokół pozwalał pozostałym pospać jeszcze trochę. Z nudów kilka razy poćwiczył biczem, po czym usiadł na dużym kamieniu i wyjął z kieszeni kryształy.

Myśl o tym, że już wkrótce stanie się bogaty, grzała mu duszę. Już wyobrażał sobie, jak wszyscy rówieśnicy będą mu zazdrościć, a kupcy, którzy jeszcze niedawno się z niego śmiali, sami zaczną zabiegać o jego względy.

— Jeszcze mi będziecie zazdrościć… — zadowolony uśmiechnął się Rein. — Zarobię Lagerence. Wszystkie piękności będą moje. A może w ogóle kupię cały magazyn i zimą będę wynajmował go pod zboże. Wtedy to dopiero zacznę żyć…

Uśmiech natychmiast zniknął mu z twarzy.

Gdy tylko mocniej ścisnął kryształ w dłoni, ten z cichym chrzęstem rozsypał się przezroczystym piaskiem.

— Co?..

Rein od razu runął na kolana i zaczął gorączkowo rozgrzebywać piasek rękami, wciąż nie wierząc własnym oczom. Jeszcze wczoraj w osadzie Kruków specjalnie sprawdzał oba kryształy — wtedy były zupełnie całe.

Nie rozumiejąc, co się dzieje, drżącą ręką wyjął drugi.

Mocno ścisnął.

Ten rozsypał się dokładnie tak samo.

— Co to ma być… Wilcza mądrość… — wymamrotał, rozcierając między palcami przezroczyste drobiny. — Przecież grotem z takiego kryształu można przebić drzewo na wylot… A tu… w piasek…

Myśli jedna za drugą plątały mu się w głowie. Doskonale wiedział, że kryształ rozpada się tylko po uderzeniu w krystaliczne serce żywej bestii. Niczego innego nigdy nie widział i nawet nie słyszał o czymś podobnym.

— A-a-a! Króliki!

Głośny krzyk od strony wozu natychmiast obudził cały obóz.

— Nie miłe… straszne… poszywane króliki!

Sam gwałtownie usiadł, machając rękami i jeszcze nie do końca się budząc. Przestraszony rozglądał się na boki i dalej coś bezładnie mamrotał.

Obóz ożył w jednej chwili.

Sekundę później napięcie zmieniło się w ulgę.

— Obudził się! — pierwszy krzyknął Paweł i bez zastanowienia podbiegł do Sama, mocno go obejmując.

Po obozie jeden po drugim przetoczyły się ciche śmiechy. Po tym, co przeżyli, wszystkim wystarczyło tylko zobaczyć, że Sam w końcu doszedł do siebie.

— Nic ci nie jest… Chwała Udgałle.

Michael podszedł do Sama i mocno poklepał go po ramieniu. Na twarzy pojawił się uśmiech, ale oczy zdradliwie zapiekły. Szybko odwrócił się ku lasowi, jakby wypatrywał czegoś między drzewami, żeby nikt nie zauważył łez, które napłynęły mu do oczu.

— No, skoro taka sprawa i wszyscy już wstali, to mamy czas normalnie zjeść śniadanie przed drogą. Rozpalcie ogień, a ja na razie oprawię Pierzastego Shigranyę. Nie może się przecież dobro zmarnować.

Gdy Sam wreszcie do końca doszedł do siebie, od razu zaczął oglądać Pawła.

— Nic ci nie jest? Przecież było tam tyle krwi… Rany widzę, ugryzienia też… A czemu jesteś cały czerwony? I w bąblach?

Sam, niczym ciekawski szczeniak, obracał Pawła na wszystkie strony: to podnosił mu rękę, to próbował obejrzeć nogę, to pochylał się zbyt blisko.

— No już wystarczy! Łaskocze… — zaśmiał się Paweł, ostrożnie go odpychając. — Wszystko przeszło. Nawet swędzieć przestało. Nie wiem, czy pomogła maść Luki, czy to przez nią jestem cały w bąblach, ale czuję się świetnie. Lepiej ty powiedz, jak sam się czujesz. Głowa nie boli? Ręka?

— Wszystko oki!

— Oki? — powtórzył Paweł.

— No… wszystko dobrze. Po wczorajszym… bdżich… babach… Czuję się normalnie. Tylko nie zrozumiałem, jak ja tak z ręki…

Paweł natychmiast złapał go za nadgarstek.

— Cicho! O tym nikomu. Potem porozmawiamy.

— Przecież Olivia i Michael i tak wszystko wiedzą. Czemu przy Luce i Reinie nie wolno mówić?

— Nie. Potem. W domu. Chodźmy lepiej nazbierać gałęzi.

Dziwna rozmowa nie pozostała niezauważona. Rein kątem ucha uważnie nasłuchiwał, ale radość z tego, że Sam się obudził, szybko zeszła u niego na drugi plan. Myśli wciąż krążyły wokół rozsypanych kryształów.

„Bdżich… babach…” — powtórzył w myślach.

Czy to nie był właśnie ten huk, który wczoraj spłoszył ptaki? Czy to możliwe, że właśnie po nim kryształy zamieniły się w piasek?

Pytań robiło się coraz więcej.

„Trzeba będzie wszystko wybadać… Najważniejsze, żeby kryształy w osadzie nie ucierpiały…”

— A teraz trzeba coś sprawdzić…

Rein wyciągnął nóż i ruszył pomagać Michaelowi oprawiać Pierzaste Shigranye. Przez kilka minut starannie dłubał przy tuszce, aż dostał mocnego klapsa w tył głowy.

— No co ty robisz?! Przeciąłeś pęcherz. Teraz tuszkę można tylko wyrzucić. Mięso będzie i śmierdzieć, i gorzknieć. Kto ci w ogóle powierzył nóż? Wynocha stąd. Lepiej pilnuj ogniska.

Spuściwszy głowę i udając śmiertelnie urażonego, Rein w milczeniu odszedł i znów usiadł na tym samym kamieniu, na którym siedział podczas warty.

„Tak właśnie myślałem…”

Jeszcze raz odtworzył w pamięci to, co zobaczył.

„Shigranya też nie ma kryształu… A to się nie zdarza. Przecież to bestia Udgałły… Bardzo dziwne…”

— Hej, leniu! Co się rozsiadłeś? Idź pomagać! Czy mamy cię karmić za darmo? — zawołała Olivia, łamiąc suchy chrust i nucąc coś cicho pod nosem.

Rein od razu zerwał się na nogi. Zerwał tuż przy kamieniu biały kwiat z cienkimi różowymi żyłkami, podobny do rumianku, i jak gdyby nigdy nic ruszył do dziewczyny.

— Co to znaczy, że się rozsiadłem? Szukałem dla ciebie kwiatu. Jesteś piękna jak on.

Bez długiego zastanowienia ostrożnie wsunął kwiat we włosy Olivii.

— Hej! Ręce przy sobie — prychnęła dziewczyna, poprawiając wymykający się kosmyk. — Za kwiat dziękuję… Ale twoimi wilczymi słówkami człowiek się nie naje. Więc dość gadania, pomagaj.

Rein tylko się uśmiechnął i zaczął zbierać chrust, choć myśli wciąż krążyły mu wcale nie wokół pracy, lecz wokół znikniętych kryształów.

W tej chwili z lasu z naręczem suchych gałęzi wyszedł Paweł razem z Samem. Widząc, jak Rein wsunął Olivii kwiat we włosy, mimowolnie spochmurniał.

— Krętacz… — ledwie słyszalnie burknął Paweł i z hukiem rzucił gałęzie prosto obok nich.

Olivia tylko prychnęła i zabrała się do rozpalania ogniska. Na pierwszy rzut oka chrust wydawał się zupełnie suchy, ale w środku wciąż był wilgotny po przedwczorajszym nocnym deszczu. Kilka razy ogień wybuchał i zaraz gasł, zmuszając wszystkich po kolei do pochylania się nad ogniskiem i dmuchania ze wszystkich sił. Kiedy płomień wreszcie chwycił najcieńsze gałązki, obóz przykrył gęsty, gryzący dym. Wszyscy zgodnie zaczęli machać — kto miską, kto płaszczem, kto po prostu dłońmi — próbując odpędzić go w stronę lasu.

— No proszę… teraz przynajmniej nie tylko mnie łzy ruszyły — burknął Michael, ocierając załzawione oczy.

Po kilku minutach nad ogniskiem bulgotała już polewka. Po wczorajszym dniu wszyscy jedli z dużym apetytem. Tylko Paweł bez większej chęci dłubał łyżką w jedzeniu, zamyślony patrząc gdzieś przed siebie, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej.

— Hej, czemu nie jesz? Musisz nabrać sił. Rany same się nie zagoją. Czy mam cię znowu po drodze ratować? — Olivia z niepokojem przysunęła się bliżej. Jak na złość, właśnie po jej stronie wciąż tkwił kwiat podarowany przez Reina.

— Odczep się… Nie mam apetytu.

Paweł postawił miskę na ziemi i odwrócił się.

— Jedz. Bo sama zacznę cię karmić. I to tak, że nie będziesz nadążał z przeżuwaniem.

Paweł momentalnie poczerwieniał, w milczeniu odwrócił się z powrotem, wziął miskę i zaczął jeść.

— Nie… dziękuję… odmówię — burknął, przeżuwając, choć bardziej niż czegokolwiek na świecie chciał się zgodzić.

Po szybkim śniadaniu grupa znów ruszyła w drogę.

Mniej więcej po jednym Krzyku wąska leśna droga niespodziewanie zmieniła się w szeroki kamienny pas. Za niskim urwiskiem połyskiwała ogromna rzeka.

— Trasa… To przecież trasa! Chyba taką widziałem w dzieciństwie… A gdzie samochody?

Sam pewnie podbiegł do zardzewiałej metalowej bariery.

— Jaka znowu „trasa”? — Michael od razu się zaniepokoił. — Sam, dzisiaj mnie straszysz. Co słowo, to nowe. Na pewno dobrze się czujesz?

— Czy wszystko… uki?

— Nie „uki”, tylko „oki” — roześmiał się Sam. — Czuję się świetnie! Po śnie jakbym zaczął przypominać sobie różne rzeczy… I łatwiej mi mówić. A jeszcze stęskniłem się za Katherine… Za Sarą… I…

Nagle złapał się za głowę.

— Nie mogę sobie przypomnieć…

Michael już dawno zauważał, że z każdym dniem Sam coraz bardziej przypomina zwykłego nastolatka. Mowa stawała się pewniejsza, wspomnień pojawiało się coraz więcej. Ale działo się to zbyt szybko. Po ranach i utracie pamięci ludzie miesiącami dochodzili do siebie, a Sam jakby zdrowiał z każdą godziną.

— Nie myśl teraz o tym. Niedługo się zobaczymy. Jesteśmy już prawie w połowie drogi do Wilków.

— No, twoje dziwne słowa już zapamiętuję. Samochód to żelazny rydwan. A „uki”…

— Nie „uki”, Michael, tylko „oki” — roześmiała się Olivia. — To chyba znaczy „dobrze”. A trasa to w takim razie co?

— Kamienna równa droga. Taka jak ta. Dla rydwanów.

— No, na nią jeszcze się napatrzysz. Ale kamiennej jaskini jeszcze nie widziałeś. Dobra, chodźmy. Niedługo będzie zejście do rzeki. Trzeba nabrać wody i napoić konia.

— I czego stoicie, jakbyście pierwszy raz tu byli? — zapytał Michael.

Za zardzewiałą metalową barierą wczesne promienie słońca odbijały się w błękitnej tafli rzeki. Widok stąd naprawdę zapierał dech i każdy chciał zatrzymać się choć na kilka chwil dłużej.

Po napojeniu konia przy rzece i krótkim odpoczynku grupa ruszyła dalej. Po kilku kolejnych godzinach kamienna droga — albo, jak nazwał ją Sam, szosa — wyprowadziła ich do ogromnej kamiennej jaskini przebitej prosto przez górę. Idealnie równe ściany i wysokie sklepienie zapierały dech. Wydawało się niemożliwe, że kiedyś można było zrobić coś takiego ludzkimi rękami.

— No zaczekajcie… Dajcie chociaż odetchnąć. Już się zmęczyłem odciąganiem tego urwisa od każdego żelaznego rydwanu.

Michael ciężko wypuścił powietrze, usiadł na masce zardzewiałego samochodu i otarł pot z czoła. Przez cały ten czas nie spuszczał oka z Sama, którego energia zdawała się tylko rosnąć.

— Auuuu!

— Au! Au! Au!

— Auuuu!

Sam biegał przy wejściu do tunelu, krzyczał w ciemność i z zachwytem czekał, aż echo wróci.

Luka, a ja już myślałem, że nikt cię nie zagada — roześmiał się Paweł. — Ale nie… Wygląda na to, że Sam świetnie sobie z tym radzi.

— Hej! To niesprawiedliwe! — oburzył się Luka. — Ja przynajmniej mówię do rzeczy.

— A on do tunelu! — nie wytrzymała Olivia, po czym roześmiali się już wszyscy.

Tylko Rein nie podzielał wesołości.

— Dość robienia cyrku — niezadowolony Rein mruknął. — Nie jesteśmy dziećmi. Jeśli moi współplemieńcy jeszcze Sama nie usłyszeli, to zaraz na pewno usłyszą. Nie chcę się potem wstydzić. Weźmy pochodnie — zwykle zostawia się je przy wejściu — i chodźmy. Mam jeszcze mnóstwo spraw.

Przez całą godzinę szli długim, ciemnym tunelem. Każdy krok głuchym echem odbijał się od kamiennych ścian, a wiatr, przelatując przez niewielkie kwadratowe otwory tuż pod sklepieniem, zawodził tak, jakby gdzieś w ciemności ukrywało się ogromne, nieznane stworzenie. Nawet Michael kilka razy mimowolnie się obejrzał, a Sam wkrótce przestał krzyczeć do echa i teraz szedł w milczeniu, wsłuchując się w dziwne dźwięki.

W końcu przed nimi pojawiło się dzienne światło. Wędrowcy już uznali, że tunel się kończy, ale gdy podeszli bliżej, zobaczyli tylko ogromny otwór w jego bocznej ścianie — prawdziwe skalne okno wychodzące na urwisko. Za nim, daleko w dole, błyszczało to samo jezioro, otoczone stromymi skałami, a zimny wiatr swobodnie wpadał do środka i rozganiał zastane pod sklepieniem powietrze.

Wkrótce grupa znów ruszyła w drogę. Tunel ponownie ich pochłonął, ale tym razem ciemność trwała niedługo. Po pewnym czasie z przodu ukazało się już prawdziwe wyjście.

Za nim podróżnych przywitał wysoki kamienny mur osady Wilków. Jedyne masywne wrota pilnowało kilku uzbrojonych strażników.

— O, Rein! A my już myśleliśmy, kto tam całą drogę wyje z ciemności — roześmiał się jeden z nich.

— Szybko wróciłeś. Ech, oberwie ci się od Miry. Ona już wie, że będą goście, więc możesz od razu iść zameldować. Powiesz, że to ty ich przyprowadziłeś.

Strażnicy otworzyli wrota i odprowadzili gości do paleniska dla koni.

Olivia, Paweł i Luka po raz pierwszy znaleźli się tutaj. Z ciekawością rozglądali się na boki, ale zamiast oczekiwanej osady zobaczyli tylko szeroką drogę, pola, kilka zabudowań gospodarczych i duże wejście do jaskini.

— Michael… — pierwszy nie wytrzymał Paweł. — A gdzie sama osada?

— Tak… tu przecież nic nie ma — zdziwiła się Olivia.

Rein tylko się uśmiechnął.

— Zaraz zobaczycie.

Jako pierwszy wszedł do jaskini.

Po zrobieniu zaledwie kilku kroków pozostali jakby wrośli w ziemię.

Jaskinia, z zewnątrz wyglądająca jak zwykłe ciemne przejście, wewnątrz okazała się ogromna. Tak ogromna, że jej przeciwległy koniec ginął w półmroku. Wysoko nad głowami, w sklepieniu, ziała gigantyczna dziura, przez którą światło słońca szeroką kolumną padało prosto w środek podziemnego jeziora.

Na niewielkiej wyspie pośrodku wody rosło ogromne, pradawne drzewo. Jego potężne korzenie wchodziły prosto w kamień, a gęsta korona niemal dotykała promieni słońca. Światło odbijało się w przejrzystej wodzie, rozbijało na tysiące drżących refleksów i żywymi falami ślizgało się po ścianach jaskini, oświetlając całe miasto.

Wokół jeziora pierścieniami wznosiło się kilka poziomów osady. Najniższy był najgłośniejszy: szeroki plac, dziesiątki kramów, warsztaty, zapach świeżego chleba, dymu i gorącego metalu mieszały się w jeden gwar wielkiego targu. Wyżej, prosto w skale, znajdowały się domy mieszkalne, połączone drewnianymi mostkami, schodami i balkonami. Jeszcze wyżej, prawie pod samym sklepieniem jaskini, widać było masywne kamienne magazyny i zamkniętą odlewnię, gdzie Wilki przechowywały swój największy sekret — sztukę wytwarzania szklanych Lagerenców.

Nawet hałas miasta brzmiał tutaj niezwykle. Głosy ludzi, szczekanie psów, dźwięk młotów i plusk wody zlewały się w jedno echo, które powoli toczyło się po całej podziemnej sali.

— No i co — Rein uśmiechnął się z zadowoleniem, obserwując twarze gości. — Teraz rozumiecie, dlaczego nie lubimy opowiadać obcym, gdzie mieszkamy?

Nawet Paweł nie od razu znalazł odpowiedź.

— Tak… nie rozchodźcie się, bo się zgubicie — pierwszy przerwał ciszę Michael. — Ja pójdę do Miry porozmawiać o zbożu, a wy na razie przejdźcie się po rynku. Wybierzcie coś dla siebie… i dla Katherine. Obiecałem przywieźć jej pamiątki. Tylko nie chcę tu siedzieć do zmroku. Znając tutejsze ceny, za jedną noc zedrą z nas trzy skóry.

Olivia, Paweł, Luka i Sam ruszyli w stronę rynku, a Rein razem z Michaelem poszli do domu przywódczyni osady.

Gdy tylko Rein przekroczył próg, coś ciężkiego ze świstem przeleciało mu tuż przed nosem i z głośnym trzaskiem rozbiło się o ścianę.

— Co ty, zapchlony, tutaj robisz?!

Głos Miry echem rozszedł się po całym domu.

— Ty i twoi rodzice dosłownie na kolanach błagaliście mnie, żebym wysłała cię z kupcami! Niemal skomlałeś, bylebym dała pozwolenie. Nie uwierzę, że oni już wrócili. Tylko nie mów, że ci się znudziło i uciekłeś z powrotem! Och, Rein… Nie doprowadzaj mnie. Przez ciebie prawie pokłóciłam się z jedną z najbardziej wpływowych rodzin osady!

Z każdym słowem jej zwykle spokojna twarz coraz mocniej się chmurzyła. Zmarszczki na czole pogłębiły się, a na skroniach wystąpiły żyły. Wydawało się, że jeszcze chwila — i naprawdę straci panowanie nad sobą.

Rein natychmiast rzucił się do niej.

— Bab… nie wolno ci się tak denerwować.

Ostrożnie podtrzymał kobietę pod rękę i pomógł jej usiąść na krześle.

— Jestem tutaj z zupełnie innego powodu. Z kupcami wszystko dobrze.

— Jaka ja ci „babcia”? — Míra wściekle prychnęła, łapiąc oddech. — To, że jestem matką wuja twojej matki, jeszcze nie czyni mnie twoją babcią. I na pewno nie daje ci prawa tak mnie nazywać.

— Zostaw. Już… Jestem spokojna.

Mira głęboko wciągnęła powietrze, napiła się wody i wreszcie trochę się uspokoiła.

— Więc co właściwie się stało? Nie uwierzę, że tyle hałasu tylko przez Reina — Michael z ciekawością usiadł obok.

— Nie mnie ci to wyjaśniać, Kruku. Sam rozumiesz, że po tym, co wydarzyło się z Zieloną Trawą, wszyscy się poruszyli. Kupcy teraz z obawą wychodzą za mury, a niektórzy w ogóle odkładają dalekie wyprawy.

Mira na chwilę zamilkła, jakby decydowała, czy mówić dalej.

— Ale to jeszcze nie wszystko. Już od prawie miesiąca po naszych ziemiach kręcą się jacyś wędrowcy. Wszyscy w czarnych ubraniach. Mówią nie po naszemu. Z tego, co udało się zrozumieć po ich rysunkach i gestach, szukają… Dzieci Udgałły.

Michael mimowolnie głośno przełknął ślinę.

— Dzieci Udgałły?..

— Właśnie. Nikt nie wie, kim są ani czego naprawdę chcą. Ale po tym, co stało się z Zieloną Trawą, ludzie boją się najgorszego. A jeśli ci wędrowcy są jakoś związani z Kośćmi? Jeśli wszystko to są części jednej całości?

Ciężko westchnęła i podeszła do otwartego balkonu. W dole szumiał rynek, dzieci biegały między kramami, kupcy spierali się o cenę zboża. Z boku wyglądało, jakby życie toczyło się zwykłym rytmem.

— To, że osada wygląda spokojnie, jeszcze nic nie znaczy — powiedziała cicho Mira, nie odwracając się. — Ludzie po prostu starają się nie pokazywać strachu. A Skalni Czarnolicy, którzy od wielu lat żyją wśród nas i dawno stali się swoi, prawie przestali wychodzić z domów.

Mocniej ścisnęła poręcz.

— Boję się, Michael… jeśli to wszystko naprawdę jest powiązane, polowanie na Dzieci Udgałły może zacząć się znowu. A razem z nim znów przyjdą chaos, nieufność i głód. I wtedy nie będzie już ważne, kto ma rację, a kto zawinił. Ucierpią wszyscy.

Koniec rozdziału

0%

Zaloguj się, aby zapisywać postęp czytania.

LOKACJA

Wilki

Osada Wilków ukryta jest w dużych górskich jaskiniach za przełęczą. To umocnione miejsce magazynów, handlu i rzemiosła, gdzie przechowują zboże, olej, szkło i wybija się monety.

Otwórz osadę ›

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

✦ Wspomniane w rozdziale Krótka lista miejsc, bohaterów i istot naprawdę powiązanych z tym rozdziałem. Blok można zwinąć.