TEKST ROZDZIAŁU
Rozdział 10 — „Pod jednym niebem”
Karawana niespiesznie zbliżała się do wąwozu Kruków. Ogromny mur, widoczny jeszcze z daleka, jednocześnie przerażał i zachwycał swoim majestatem. Trudno było uwierzyć, że to dzieło takich samych ludzi z przeszłości. A jeszcze budził zazdrość — trzeba przyznać, Kruki miały szczęście, że sto lat temu znalazły takie miejsce. Za takim murem i tuzin Khemarów nie byłby straszny.
Na pierwszy rzut oka droga wzdłuż góry wydawała się bezpieczna, ale i tak trzymała karawanę w napięciu. Bagna Udgałły były całkiem blisko, a to znaczyło, że nikt nie wiedział, co może pójść nie tak.
Tylko młody Wilczek imieniem Rein jakby nie czuł ani zmęczenia, ani niepokoju. Był pełen energii i co chwilę zasypywał wszystkich pytaniami. Czy to prawda, że osada Gęsty Las teraz nazywa się Kośćmi? Czy to prawda, że napadli na Zieloną Trawę? Co teraz można najkorzystniej sprzedać Krukom? I czy to prawda, że po wszystkich tych nieszczęściach ceny wielu towarów wzrosły?
Nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy osadę na własne oczy. A jeszcze bardziej — kiedy wymieni coś cennego za bezcen, a potem z zyskiem odsprzeda w domu.
Osada Kruków była coraz bliżej. Z przejęcia Rein coraz mocniej czuł potrzebę, aż w pewnej chwili nie wytrzymał i pognał w krzaki.
— Rein, no znowu to samo! Przestań po drodze znaczyć każdy krzak! Szybciej! — głośny śmiech przetoczył się po karawanie, zdejmując nagromadzone napięcie. — I łapy nie zapomnij podnieść!
— Bardzo śmieszne! — dobiegło z krzaków.
Kiedy karawana zbliżała się do wrót, od strony pól zaczęli podchodzić strażnicy i pracujący tam ludzie. Jedni pytali, co przywieźli Wilki, inni już kalkulowali, czym będą mogli się wymienić i ile trzeba będzie zapłacić za nowe towary.
Wkrótce z krzaków wyłonił się Rein, w marszu zaciągając pas na spodniach i mamrocząc coś niezadowolonego pod nosem.
— I łapy nie zapomnij podnieść… Be-be-be — przedrzeźniał swoich towarzyszy. — Zobaczymy, jak będziecie się śmiać, kiedy zarobię swoje pierwsze czerwone Lagerence i pójdę uczyć się w naszej sali Krwawoczerwonej Łapy.
Już miał doganiać karawanę, gdy nagle jego wzrok zaczepił się o coś błyszczącego przy samym skraju ścieżki.
Rein się zatrzymał.
Podszedł bliżej, przykucnął i podniósł niewielki odłamek skamieniałego serca Khemara. Kawałek dalej, wśród trawy, leżał jeszcze jeden.
Na twarzy Wilczka powoli pojawił się uśmiech.
— No, to już robi się ciekawe…
Szybko rozejrzał się na boki. Nikt nie patrzył w jego stronę. Wtedy Rein wsunął oba kryształy do kieszeni i pospiesznie ruszył doganiać swoich.
— No wreszcie… — zadowolony mruknął pod nosem. — Oto prawdziwa żyła Lagerenców. I leży wszystkim prosto pod nogami.
W jednej chwili zapomniawszy o urazach do swoich, Rein wyprostował ramiona i z dużo bardziej zadowoloną miną dogonił karawanę. Nie mógł się doczekać, kiedy włączy się do handlu.
— Tak, tak, worek ziemniaków za przezroczystą monetę! — zaczął na głos obmyślać przyszłe transakcje.
— Hej, szczeniaku.
Surowy głos natychmiast sprowadził go na ziemię.
— Nie rozpędzaj się. Najpierw dojedziemy. Oddamy towar zgodnie z umową. Poznamy ceny. Odpoczniemy. A dopiero potem będziesz handlował.
Rein niezadowolony zacisnął usta, ale nie zaczął się spierać.
— No już, rozejść się! Dajcie chociaż dojechać! — ten sam Wilk krzyknął na ludzi zebranych wokół i skierował karawanę ku wrotom.
W tej chwili od strony muru dobiegł dźwięk znany wielu z nich.
— Tsssssss-iiii!
Głośny, przeciągły pomruk rozszedł się nad wąwozem.
Rein drgnął i mimowolnie się skulił.
— No proszę, a przed chwilą taki ważny byłeś — uśmiechnął się jeden ze starszych Wilków. — Szczeniak z ciebie jeszcze. Przywyknij. Tutaj ta rzecz ciągle gwiżdże.
Po karawanie znów przetoczył się śmiech. Nie złośliwy, raczej zwyczajny. Wilki czuły się spokojnie. Krukom ufały, a ich mury budziły znacznie więcej pewności niż niepokoju.
Tymczasem, gdy huk otwierających się wrót rozbrzmiewał wszędzie, na polach też zrobiło się niespokojnie. Widząc karawanę przy wrotach, ludzie coraz częściej odrywali się od pracy. Nawet Olivia z Pawłem co chwilę zerkali w stronę drogi, próbując dostrzec, co tym razem przywieźli Wilki.
Michael otarł pot z czoła, oparł się o załadowany po brzegi ziemią wóz i zdjął z pasa manierkę. Kilka łapczywych łyków zimnej wody szybko przywróciło mu siły. Potem podał ją Samowi.
— Hej, gdzie się gapicie? Las jest po drugiej stronie. Do zachodu jeszcze daleko. Nie rozpraszamy się. Jeszcze tylko brakowało, żeby ktoś został ranny. Sara potem zedrze z nas dziesięć skór.
Michael uśmiechnął się krzywo.
— Uch… na samą myśl, jak będzie wrzeszczeć, już mi ciarki po plecach idą.
Kilka osób się roześmiało.
— Dobra. Odpoczniemy trochę i pracujemy dalej.
Ruszył w cień najbliższego drzewa i usiadł na trawie.
— Sam, nie jesteś głodny? Katherine przygotowała ci jabłka.
— Nie.
Odpowiedziawszy jednym słowem, Sam ciężko klapnął obok, prosto na ziemię. Było widać, że starał się ze wszystkich sił i po prostu się zmęczył.
Chłodny wietrzyk w taki upał i świergot ptaków ciągnęły do snu, ale na odpoczynek było jeszcze za wcześnie. Sam uniósł się, przetarł twarz dłonią i nagle zauważył, że od strony osady idzie do nich Neira.
Od razu się ożywił, zerwał na nogi i pobiegł jej naprzeciw.
— Nie zmęczyła się pani w taki upał? Proszę, pomogę.
Sam ostrożnie wziął ją pod rękę i powoli odprowadził do Michaela, który leżał pod drzewem i ze wszystkich sił próbował nie zasnąć, leniwie żując zerwaną łodygę trawy.
— Myślałam, że ty tu pracujesz — powiedziała Neira, zatrzymując się obok. — A ty, proszę, rozłożyłeś się.
— O-o, przecież tylko się położyłem — oburzył się Michael, niechętnie się podnosząc. — Upał nie do zniesienia. Daj chociaż odetchnąć. Po co przyszłaś?
— Jak to po co? Zobaczyć, jak idą sprawy. No i dopilnować wnuczka. Radzi sobie?
— A co ma robić? Młody, sił ma pełno. I strzela już tak, jakbyś go od pieluch łukiem karmiła.
Neira zadowolona zmrużyła oczy.
— Czyli nie na darmo karmiłam.
Michael uśmiechnął się krzywo, ale zaraz spoważniał.
— Lepiej powiedz, czemu przyszłaś sama. To jednak za murami. Niebezpiecznie.
— Sama? — Neira powoli odwróciła ku niemu głowę. — Czy ty właśnie nazwałeś mnie bezradną?
— Powiedziałem „niebezpiecznie”. Sta…
Nie zdążył dokończyć.
Neira zahaczyła go kosturem za nogę, gwałtownie szarpnęła i Michael, nie zdążywszy nawet dobrze zrozumieć, co się stało, runął na plecy.
— Khh!
— Kogo nazwałeś staruchą? — spokojnie zapytała Neira. — Nie jestem stara. Jestem mądra. Do rady, wiesz, nie trafia się za piękne oczy.
Michael przez kilka sekund leżał, patrząc w niebo, a potem powoli uniósł rękę.
— Teraz widzę, po kim Paweł taki bojowy.
Do nich już biegli Olivia i Paweł.
— W każdym razie nie przyszłam pogadać, tylko w sprawie — powiedziała Neira. — Podchodziła do mnie Sara. Nie zdążyła jeszcze obejrzeć, co przywieźli kupcy, ale poprosiła, żebyś wieczorem poprowadził obrzęd pamięci. O zachodzie. Za murami, oczywiście.
— A co ja mam z tym wspólnego? I czemu za murami, a nie przy wodospadzie?
— Nie przerywaj, tylko słuchaj. Wiesz przecież, że każdy lud ma swoje obyczaje. Za murami — bo ludzie muszą pożegnać poległych na wolnej ziemi, nie pośród cudzych domów.
Neira oparła się na kosturze.
— Od ciebie potrzeba tylko jednego. Namów strażników, żeby zostali do końca i popilnowali. Wiem, że wszyscy chcą zobaczyć, co przywieźli Wilki, ale do rana handlu i tak nie będzie. O to już zadbam. A ty okaż szacunek. Im i tak nie jest łatwo.
Michael tylko westchnął.
— Dobrze. Namówiłaś mnie.
— No i dobrze.
Neira wsunęła rękę pod narzutę i wyjęła cztery jabłka Akalu.
— A to Katherine przekazała.
Jedno po drugim jabłka poleciały do młodych. Paweł złapał swoje jedną ręką, Olivia obiema dłońmi, a Sam ledwo zdążył przycisnąć jabłko do piersi, żeby go nie upuścić.
— Paweł, postaraj się mnie nie skompromitować.
— A kiedy ja…
— Właśnie — przerwała mu Neira.
Na twarzy Neiry mignął zadowolony uśmiech.
— A ja pójdę. Rzeczywiście gorąco dzisiaj. I spraw jeszcze wystarczy.
Michael ugryzł jabłko i przywołał do siebie Olivię.
— Odprowadź sta… khm… mądrą Neirę do osady. Przy okazji nabierz wody. Do wieczora jeszcze będziemy tu sterczeć. A ja spróbuję dogadać się ze strażnikami. Świetnie sobie Sara dobrała porę.
Olivia wzięła puste manierki i razem z Neirą ruszyła ku wrotom.
Przez jakiś czas szły w milczeniu.
— Jak matka? — Neira pierwsza przerwała ciszę.
— Dużo lepiej. Już trochę chodzi. Ale wciąż jest jej ciężko. Tęskni za ojcem.
— Nic dziwnego. Tyle lat razem przeżyli.
Neira przez chwilę milczała.
— A jak u ciebie na froncie sercowym?
Olivia ciężko westchnęła.
— Znowu pani zaczyna.
— A co takiego zaczynam? Młoda, piękna. Pewnie nie możesz się opędzić od zalotników.
— Gdzie tam. Nie mam czasu za nimi biegać.
— Aha. A ja jakoś zauważam, jak ty i Paweł na siebie patrzycie.
Olivia odwróciła wzrok.
— Patrzymy, to patrzymy. Tylko co z tego? Jest dobry. Miły. Ale taki niezdecydowany, że boi się zrobić choćby krok.
— No wróbelek jeden…
— Potrzebuję człowieka, który będzie umiał stanąć za sobą i za innymi. Teraz inaczej się nie da.
Neira tylko pokręciła głową.
— Och, Paweł… Doczeka się, że ktoś bardziej obrotny go wyprzedzi.
Za rozmową niepostrzeżenie dotarły do osady.
Na dziedzińcu stały już wozy Wilków, przykryte dużymi płachtami. Kupcy gasili pragnienie przy kamiennym zbiorniku, do którego rynnami spływała zimna woda prosto od wodospadu.
Olivia szybko napełniła manierki, umyła twarz chłodną wodą i rozpuściła włosy.
Po upale cień dużego drzewa wydał się prawdziwym wybawieniem.
Pod nim siedział młody Wilk i uważnie oglądał niewielki kryształ.
Rein obracał znalezisko między palcami i dziwił się jego czystości. Zwykle takie kryształy pokrywały pęknięcia. Ten był prawie przezroczysty.
— Pierwszy raz widzisz? — z uśmiechem zapytała Olivia, podchodząc bliżej. — To kryształ z serca Khemara. Zabawne, że takie obrzydliwe bestie mają tak piękne serca.
Rein drgnął i natychmiast ukrył kryształ w dłoni.
Zobaczywszy dziewczynę, od razu się wyprostował.
— Pierwszy raz? Oczywiście, że nie. Jestem przecież kupcem.
— Naprawdę?
— Oczywiście. Jak miałbym nie wiedzieć, co to za kryształ? A ty czego chcesz? Kamienie są moje.
Z przejęcia aż upuścił jeden z nich.
Kryształ uderzył o ziemię i potoczył się po korzeniach.
Olivia spokojnie podniosła go i podała z powrotem.
— Trzymaj.
Rein ostrożnie odebrał znalezisko.
— Nigdy bym nie pomyślała, że kupcy Wilków są tacy niegrzeczni.
— Nie jestem niegrzeczny.
— Mhm.
Usiadła pod drzewem i przycisnęła do siebie chłodne manierki.
— Nie martw się. Po ostatnim ataku Khemarów takich kamieni jest tu pełno. Na polach tylko plączą się pod nogami.
Przez kilka sekund Rein nawet przestał oddychać.
— Pełno?
Szybko stanął na nogi.
— Ja tak w ogóle jestem Rein.
Olivia uśmiechnęła się krzywo.
— Mhm, pełno. I imię masz, swoją drogą, ładne. A sam jesteś gburem do potęgi.
Rein natychmiast zrozumiał, że swoją ostrością właśnie zepsuł znajomość z kimś, kto mógł wiedzieć o kryształach znacznie więcej od niego.
— No… nie specjalnie.
— Oczywiście.
Uśmiechnęła się kącikiem ust.
— A ciebie jak nazywają?
— Tobie nie trzeba tego wiedzieć.
Olivia wstała i spojrzała gdzieś ponad wozami.
Od strony placu zbliżała się Sara. Nawet stąd było widać, jak coś niezadowolona tłumaczy ludziom, wymachując rękami.
— Oli! A ty co tutaj robisz? Michael dogadał się ze strażnikami? — zawołała ją Sara.
— Zaraz się dowiem! — odkrzyknęła Olivia.
Porwała manierki i ruszyła ku niej.
Rein odprowadził dziewczynę wzrokiem.
— Oli, czyli…
Na twarzy Wilczka pojawił się zadowolony uśmiech.
Nie najlepszy początek znajomości, ale spotkanie wyraźnie zagrało na jego łapę.
Olivia podeszła do Sary i powiedziała, że właśnie minęła się z Neirą. Ta przekazała jej prośbę, a Michael już zajmuje się strażnikami.
— No chociaż jedna dobra wiadomość — westchnęła Sara. — Bo ci kupcy są gorsi od wroga. O nic nie da się dogadać. Takie ceny rzucają.
Machnęła ręką w stronę wozów.
— Dobrze. Idź. Zobaczymy się wieczorem na obrzędzie.
Sara ruszyła dalej spierać się z kupcami, a Olivia pobiegła z powrotem do pól.
Do tego czasu Michael z Samem już pomagali ładować ostatni wóz ziemią i z przyjemnością pili zimną wodę.
— Oli, jesteś akurat na czas. Myślę, że na dziś koniec. Strażnicy kręcili nosem, ale zgodzili się zostać. Teraz zostaje czekać do wieczora.
Sam tymczasem o czymś porozmawiał z Pawłem. Obaj podeszli do Michaela.
— Skoro jeszcze się nie ściemnia… Chcieliśmy trochę przejść się wzdłuż strumienia. Ostudzić się po pracy.
Michael spojrzał na ich zmęczone twarze i skinął głową.
— Idźcie.
— Oli, idziesz z nami? — od razu zapytał Paweł.
Olivia zastanowiła się przez sekundę. Po rozmowie z Neirą mimowolnie czekała na to zaproszenie.
— Tak. Oczywiście, że idę.
— Tylko niedługo i niedaleko — od razu ostrzegł Michael. — Niedługo zacznie zmierzchać. Na las trzeba teraz patrzeć szczególnie uważnie.
Zarzucił na ramię część sprzętu i został przy skraju pól, obserwując pracę.
Odprowadzając młodych wzrokiem, Michael mimowolnie się uśmiechnął.
No jednak dzieci. Czasem trzeba też odpocząć.
W tej chwili kichnął i potarł nos.
— Och… Ktoś najwyraźniej wspomina mnie nie najcichszym słowem.
Tymczasem ludzie Zielonej Trawy zaczęli zbierać na polach suchą trawę i układać ją w duże stosy. Inni podchodzili do samego skraju lasu, zbierając suche gałęzie i powalone konary.
Stopniowo na środku pola zaczęły pojawiać się dziwne figury. Jedne przypominały zwierzęta, inne ludzi. Każda kukła była zrobiona po swojemu i nie przypominała sąsiedniej.
Nawet strażnicy zaczęli z ciekawością zerkać w ich stronę.
Obserwując to, Michael niespodziewanie zauważył jedną pożyteczną rzecz. Kiedy ludzie zbierali suche gałęzie i trawę na obrzęd, skraj lasu stawał się wyraźnie czystszy. Jeszcze kilka takich obrzędów — i widok od pól do pierwszych drzew będzie znacznie lepszy.
Nigdy nie myślał, że obca tradycja może przynosić tyle praktycznej korzyści.
Po odpoczynku Sam razem z młodymi wrócił do ludzi Zielonej Trawy. Jak zwykle, nie potrafił długo stać w milczeniu.
— A po co zbieracie suche gałęzie i trawę?
Jeden z rolników uśmiechnął się.
— Jak to po co? Tak pomagamy ziemi i lasowi oddychać. A one pomagają żyć nam, karmią nas swoimi owocami.
Sam poważnie skinął głową.
Potem wskazał na jedną z kukieł.
— A to po co?
— Tak żegnamy tych, którzy nas opuścili.
Mężczyzna na sekundę się zamyślił.
— Jesienią trawa i liście więdną. Ale wiosną wszystko znowu wraca. Tak samo człowiek. Wierzymy, że śmierć to nie koniec drogi, tylko początek nowej.
— O-o-o…
Sam szeroko otworzył oczy.
— Jakie ciekawe.
Jeszcze raz spojrzał na kukły, po czym zerwał się z miejsca.
— Pójdę powiedzieć Pawłowi i Olivii!
Pełen nowych wrażeń, Sam pobiegł do przyjaciół, którzy już stali na posterunku przy lesie. Nie mógł się doczekać, żeby podzielić się tym, czego właśnie się dowiedział.
Niepostrzeżenie podkradł się wieczór. Całe pole od murów aż po sam las było zastawione dziwacznymi kukłami. Na murach osady zebrali się Kruki, którzy chcieli zobaczyć niezwykły obrzęd. Nawet kupcy Wilków zamiast odpoczywać wspięli się na górę, żeby zobaczyć wszystko na własne oczy.
Michael z Samem i resztą wciąż pilnowali skraju lasu, kiedy podeszła do nich Sara z jedzeniem. Dla niej i jej ludzi ten wieczór był ważny, a w ten sposób postanowiła podziękować Krukom za pomoc i cierpliwość.
Z wrót zaczęli schodzić się pozostali mieszkańcy Zielonej Trawy, którzy cały dzień zajmowali się naprawą domów i pracą na polach. Z boku wszystko bardziej przypominało już święto niż pożegnalny obrzęd.
Ale nie wszyscy byli zadowoleni.
Niektórzy z ludzi Zielonej Trawy niezadowoleni rozglądali się na boki. Nie podobało im się, że obrzęd odbywa się nie na ich ziemi. Swoje dokładali też strażnicy Kruków, którzy otwarcie nie rozumieli sensu tego, co się działo.
Kiedy pierwsze kukły zajęły się ogniem, rozmowy stały się głośniejsze.
— No i co to za obrzęd? — głośno burknął jeden ze strażników. — Przez to mam tu siedzieć do nocy, zamiast odpoczywać w domu.
— To pamięć o zmarłych! — od razu odgryzł się ktoś z Zielonej Trawy.
— Ogniska i pamięć to dwie różne rzeczy.
— A wasze pióra niby lepsze?
— Oczywiście, że lepsze! My przynajmniej nie palimy połowy pola!
— Ty…
Hałas zaczął narastać.
— Dość! — krzyknęła Sara.
Ale już jej nie słuchali.
Michael ciężko westchnął.
— No i zaczęło się…
Sam siedział przy jednym z ognisk i zamyślony obracał coś w dłoniach. W głowie znów wypłynęło dziwne słowo.
„Puzzle”.
Jeszcze wcześniej poprosił Pawła i Olivię, żeby poszli do magazynu po pióra i sznur. Ci, choć zdziwieni, przynieśli to, o co prosił.
— Ty na pewno wiesz, co robisz? — zapytała wtedy Olivia.
— Nie.
— Bardzo uspokajające — burknął Paweł.
Teraz przed Samem leżały sucha trawa, kilka gałęzi, pióra i zwój sznura. Patrzył raz na płonące kukły, raz na pióra Kruków, aż w głowie nagle ułożył się ten właśnie puzzel.
Wstał, podszedł do najbliższego ogniska, podpalił związany pęk trawy i wypuścił zrobione przez siebie skrzydełko.
Gorące powietrze szybko je podchwyciło i mały ognik zaczął unosić się nad polem.
Hałas wokół stopniowo cichł. Ludzie mimowolnie unosili głowy, odprowadzając wzrokiem świecący punkt.
Sam podszedł do Michaela, podał mu jeszcze jedno skrzydełko, potem takie samo Sarze i w milczeniu wskazał na ognisko.
Michael zmarszczył brwi.
— A to co znowu za rzecz?
— Ładna — Sam wzruszył ramionami.
Sara niespodziewanie się uśmiechnęła.
— A właściwie naprawdę ładna.
Jako pierwsza podpaliła swoje skrzydełko.
— Jeśli teraz podpalę sobie brodę, to będzie twoja wina — burknął Michael.
— I tak jej nie masz.
Po polu przetoczył się śmiech.
Michael przewrócił oczami i też podpalił swoje.
Dwa ogniki wzniosły się w wieczorne niebo.
Za nimi trzeci.
Potem czwarty.
Podeszła do nich Neira i długo patrzyła na płonące kukły oraz wznoszące się ku niebu skrzydełka.
— Spójrzcie na siebie. Przeżyliście jedną biedę, jedne Khemary i jedną śmierć. A teraz jesteście gotowi kłócić się o to, czyj zwyczaj jest właściwszy?
Pole stopniowo cichło.
— Wstyd mi za was. Nawet chłopiec, który jeszcze porządnie nie pamięta, kim jest, zdołał zobaczyć to, czego nie zobaczyli dorośli.
Wskazała kosturem na Sama.
— Tutaj jest pamięć Zielonej Trawy. Tutaj jest pamięć Kruków. A tam na górze im już wszystko jedno, która z nich jest właściwsza. Ważne, że się o nich pamięta.
Jako pierwszy do ogniska podszedł jeden z Kruków. Wziął trochę trawy, poprosił o pióro i zrobił swoje skrzydełko. Za nim drugi. Potem trzeci. Nawet część ludzi Zielonej Trawy niechętnie powtórzyła za nimi.
Jeden po drugim ognie wznosiły się w niebo, płonęły kukły, szumiał wodospad. Sara patrzyła na to z ulgą. Neira też.
Michael już chciał porozmawiać z Sarą o nasionach i wyprawie do Wilków, ale spojrzał na światła, na uśmiechniętych ludzi i na Sama, który z zachwytem śledził swoje pierwsze skrzydełko.
Nie dzisiaj.
Ta rozmowa mogła poczekać do rana.
Koniec dziesiątego rozdziału
Zaloguj się, aby zapisywać postęp czytania.








