TEKST ROZDZIAŁU
Rozdział 1 — Posłaniec
400 lat po katastrofie
Głuchy tętent kopyt niósł się po pustej drodze tuż przy skraju lasu. Po prawej ciągnęło się pole usiane ciężkimi, złocistymi kulami. Przypominały mlecze, ale były znacznie większe, a ich łodygi wydawały się twarde, niemal zdrewniałe. Wystarczyło, by wiatr musnął pole, a w powietrze unosiły się gęste żółte parasolki, otulając drogę suchym pyłkiem.
Ciężka poranna mgła niechętnie ustępowała, przepuszczając pierwsze promienie słońca. Światło kładło się na ziemi plamami, zahaczając o wilgotną trawę i rozbitą drogę. Stary wóz skrzypiał na każdym wyboju, trzymając się ostatkiem sił. Drewno pociemniało i popękało, żelazne klamry pokryła rdza. Zdawało się, że jeszcze chwila — i rozpadnie się w trakcie jazdy.
— Echhh… Ziąb jak diabli… — wycedził woźnica, zrzucając wilgotny kaptur.
Spod niego ukazały się rude loki i gęsta broda. Twarz miał zmęczoną, z głębokimi bruzdami i śladami niewyspania — twarz człowieka przywykłego do drogi.
— Zobaczymy… czy czegoś nie przespałem… czy mnie nie okradli… — mruknął.
U jego stóp leżała samodzielnie wykonana kusza — toporna, ale niezawodna. Wóz był przykryty podartą tkaniną, spod której wyglądały zwierzęce skóry. Na boku wozu dyndał kawałek grubej materii z wyszytym symbolem — ptakiem z rozpostartymi skrzydłami, wyblakłym, ale wciąż rozpoznawalnym.
— Prrr… — napiął wodze. — Prawie wjechaliśmy…
Koń zatrzymał się przy masywnych drewnianych wrotach.
Osada.
Mury złożono ze wszystkiego, co udało się znaleźć: desek, kawałków metalu, starych znaków, masek samochodowych, drzwi. Wszystko to trzymało się byle jak — a jednak stało.
W półmroku mgły i świtu miejsce wyglądało niemal martwo. Michael powoli sięgnął po kuszę i uniósł się w wozie. Po nogach przebiegło lekkie mrowienie po długiej drodze, a palce jakby zdrętwiały i z trudem zaciskały się na zimnej drewnianej rękojeści kuszy. Przez gęstą mgłę coraz mocniej mrużył oczy, próbując dostrzec niepokojące zarysy wokół. Mimo chłodu po surowej nocy po plecach i tak spłynęły ciepłe krople potu.
I nagle — dziecięcy śmiech. Żywy.
Za wrotami dały się słyszeć głosy.
— Hej! — krzyknął. — Gościa przyjmiecie łaskawie… czy widłami?
Cisza, po której nastąpił ruch.
Na umocnieniach pojawiły się twarze. Ludzie wyglądali ze szczelin i prześwitów, przyglądając mu się czujnie, jakby sprawdzali, czy nie przywiózł ze sobą nieszczęścia.
Jeden ze strażników klepnął gapia po ramieniu:
— Rozejść się. I zawołaj Sarę — wygląda na kupca z Kruków.
Wrota powoli się rozwarły, skrzypiąc przy tym ciężko.
— Dobrze trafiłeś, nie bój się. Opuść broń! — powiedział strażnik, podchodząc bliżej.
Michael wypuścił powietrze i ostrożnie opadł z powrotem na miejsce.
— Długo w drodze? — zapytał strażnik. Jego wielowarstwowe ubranie z kawałków tkanin i skór wyglądało na znoszone, ale solidne.
— Nie aż tak długo… — uśmiechnął się krzywo Michael. — Ale tyłek już protestuje. Wiesz, jak to po wybojach.
Strażnik parsknął.
Za jego plecami otwierał się inny świat. Dym z kuźni unosił się w poranne powietrze. Drewniane domy — przekrzywione, z różnymi dachami — stały raz ciasno jeden przy drugim, raz z przerwami. Pomiędzy nimi ciągnęły się ulice: ludzie z koszami, targ, dzieci biegnące boso po kurzu.
Tuż przy wrotach stała stara deseczka z wydrapanymi znakami — rząd kolorowych kółek: najpierw proste zielone, potem białe, niebieskie, a na końcu ciemnoczerwone, spotykane rzadziej niż pozostałe. Obok — prymitywne rysunki.
— A to co? — cicho zapytał Michael.
Strażnik zerknął przez ramię i krótko westchnął.
— A… tabliczka! Ciągle zapominam o niej mówić. Dla kupców. Żeby od razu widzieli, co u nas po ile i czego brakuje.
Michael na sekundę zmrużył oczy, unosząc wzrok. Słońce biło zza murów, wyłaniając z mgiełki sosnowy las… a dalej — ruiny. Ostre jak kości.
— Kto tam? — rozległ się kobiecy głos.
Do wrót podeszła Sara. Wysoka, szczupła, o poważnym spojrzeniu. Jasne włosy miała zebrane niedbale, ruchy — dokładne, pewne. W jej chodzie czuło się władzę.
— Michael. Kupiec z Kruków — odpowiedział, skinąwszy głową. — Słyszałem, że macie lecznicze zioła. Wymienię skóry i mięso.
Sara obejrzała go, oceniając.
— Wpuścić.
Michael zszedł z wozu, chwycił konia za wodze i wszedł do środka.
— Idź za mną — powiedziała Sara i ruszyła, nie czekając.
Ulice stały się ciaśniejsze. Ogródki za domami, dym, zapach drewna i czegoś kwiatowego. Wzdłuż drogi ciągnęły się stragany.
— Skóry! Czyste skóry — po cztery zielone!
— Warzywa! Świeże! Po jednym!
Ludzie przekrzykiwali się nawzajem, nie zwracając na niego uwagi.
— Nie tędy — rzuciła Sara i skręciła z dala od targu, ku centrum obozu, na cichy plac.
Pośrodku wznosił się dziwny pomnik. Kamienna sylwetka mężczyzny klęczała, ściskając głowę rękami. Za jego plecami ciągnęły się cienkie, szklane nici. Zbiegały się ku głowie, unoszącej się osobno od ciała. Jej kontury były rozmyte — postać w kapturze, ludzka… ale obca. Światło ślizgało się po powierzchni — i przez chwilę wydawało się, że jest żywa.
U samej podstawy, przy kolanach figury, z ziemi sterczał złamany szklany róg. Jeden brzeg był lekko ukruszony, ostre krawędzie pociemniały od czasu, ale wewnątrz wciąż tliło się rozproszone światło. W środku coś leżało — mały, nieprzezroczysty zawiniątek, prawie niewidoczny — i jakby zasilał ten przygaszony blask.
— Kto to? — zapytał Michael, nie odrywając wzroku.
Sara szła obok, nie zwalniając.
— Mój dziadek to zrobił. Jeden z założycieli obozu.
Na sekundę zatrzymała wzrok na posągu.
— Mówił, że to… kara Udgałły. Tak mi tłumaczył, kiedy byłam mała.
Sara zaprowadziła go do swojego domu. To nie był zwykły dom — raczej centrum osady. Tutaj podejmowano decyzje, prowadzono rozmowy, zawierano umowy. Sama mieszkała na drugim piętrze.
— No, wejdź. Co tak stoisz?
W jej głosie nie było już tej twardości, co przy wrotach — stał się łagodniejszy, niemal przyjazny.
Wewnątrz otworzył się przestronny hol. Ściany zastawione były półkami z książkami — sfatygowane grzbiety, wyblakłe napisy, strzępy przeszłości.
Pośrodku stał szeroki stół zawalony papierami, zawiniątkami i prostymi narzędziami. Po prawej był kominek. Nad nim — rogi. Niezwykłe — słabo świecące, jakby w środku tliła się resztka światła.
Michael zatrzymał na nich wzrok.
— Te rogi zdobyłam sama — powiedziała spokojnie Sara. — To Salthor świetlorogi. Złapać go jest prawie niemożliwe. W środku zimy odchodzą głęboko w las. Tam, gdzie ludzie nie chodzą. Tam zaczyna się ich sezon. Młode samce zaczynają wtedy świecić. Rogi rozpalają się, jakby w środku płonął ogień.
Uśmiechnęła się lekko:
— Ale nie walczą jak zwykłe jelenie. One tańczą.
Cisza na chwilę zawisła w pokoju.
— Stare tworzą krąg. Stoją jak straż. Nikogo nie dopuszczają. A w środku… młode tańczą. Każdy pokazuje siebie. Ruchy, światło, rytm…
Michael parsknął cicho:
— Brzmi pięknie.
— Jest piękne — zgodziła się Sara. — Dopóki nie podejdziesz bliżej.
Odwróciła się od kominka:
— Dobrze. Nie rozpraszajmy się. Mówiłeś, że przyjechałeś po lekarstwa. Czego dokładnie potrzebujesz?
Michael podrapał się po głowie, usiadł na krześle i ciężko wypuścił powietrze:
— Wioskę dopadła choroba… Zima była zimna, wielu się rozłożyło. Zapasy ziół szybko się skończyły. A potem przyszły Khemary.
Sara zmarszczyła brwi:
— Plony?
— Prawie wszystkie stratowały. Czego nie zjadły — rozerwały. Na zimę zostaliśmy niemal z niczym. Wędrowcy mówili, że u was zostały zbiory z zeszłego roku.
Sara skinęła głową:
— To prawda. Łowców mamy niewielu, a ziół zbieramy dużo. Wymiana nam się opłaca.
Zaczęła wyliczać, zaginając palce:
— Kora wierzby, liść maliny — na gorączkę. Tymianek, dzika róża, dziurawiec. To mogę zaoferować, ale mięso trzeba sprawdzić. Jeśli się zepsuło — wymiany nie będzie.
— Rozumiem.
— Rzeźnik jest niedaleko. Przy posągu. Zobaczysz szyld z dzikiem — to on. Powiesz, że ode mnie. Sprawdzi towar i powie, ile możemy wziąć.
— Dziękuję.
— Wrócisz — zdecydujemy z noclegiem. Za konia osobno — pięć zielonych Lagerenców.
Sara już odwracała się do swoich spraw. Szybko rozpłynęła się w ruchu — do kogoś podeszła, komuś coś powiedziała, gdzieś się zatrzymała. W jej ruchach czuło się nawyk trzymania wszystkiego pod kontrolą.
Michael wyszedł na zewnątrz, wziął konia za wodze i skierował się do rzeźnika. Sił prawie mu nie zostało, ale sprawy nie czekały.
Przy posągu szybko znalazł właściwe miejsce — szyld z topornie wyciętym dzikiem kołysał się na wietrze.
Rzeźnik sprawdzał towar uważnie — po zapachu, kolorze, jędrności. Świeży zapach mięsa od razu rozszedł się po ciasnym sklepiku, ciężki, ciepły, tak żywy po wilgotnym porannym powietrzu na zewnątrz.
— W porządku — burknął w końcu. — Świeże. Masz szczęście.
Michael skinął głową, czując, jak zmęczenie napiera coraz mocniej.
— No, słuchaj — powiedział rzeźnik, odcinając kawał ciężkim nożem. — Za mięso dam cztery zielone Lagerence za kilo. Za skórę — trzy.
— Mam wymianę z Sarą — zmarszczył brwi Michael.
Rzeźnik podniósł wzrok, zmrużył oczy:
— Wiem.
Skinął gdzieś za jego plecy:
— Widziałeś tabliczkę przy wrotach?
— Widziałem.
— To sam rozumiesz.
Odwrócił kawał mięsa i z siłą uderzył toporem. Soczysty dźwięk rozrąbanego mięsa nieprzyjemnie odezwał się gdzieś w brzuchu. Michael sam nie zauważył, jak przełknął ślinę — z głodu żołądek zdradziecko się ścisnął i cicho zaburczał.
— Dorzucę ci coś od siebie za całość. Nie skrzywdzę.
— Łatwiej mi zapłacić tobie, niż zawracać głowę Sarze…
— A dalej? — zapytał zdezorientowany Michael.
— Dalej u niej weźmiesz, czego potrzebujesz. Wszyscy na plusie.
Znów zabrał się za mięso, jakby rozmowa była już zakończona:
— Znam Sarę od kołyski. Nie lubię odrywać jej od spraw drobiazgami.
Michael uśmiechnął się krzywo:
— Widzę, że macie tu do niej szacunek.
Rzeźnik parsknął:
— Nie szacunek. Zaufanie.
Odłożył nóż i spojrzał na Michaela:
— Znowu przy wejściu zapomnieli wyjaśnić, co?
— Wiecznie to samo.
Rzeźnik szybko skończył z mięsem, zważył i oszacował:
— Wszystko zważone! Wychodzi: cztery niebieskie, osiem białych i dziewięć zielonych Lagerenców.
Odliczył szklane monety — ciężkie, zimne, o różnych odcieniach światła — i podał je Michaelowi.
Michael wziął je, przesypał do woreczka i skinąwszy głową, ruszył do wyjścia:
— Dziękuję.
Już za progiem się zatrzymał. Wyjął jedną przezroczystą monetę i uniósł ją do światła.
Krystalicznie czysta. W środku — cztery symbole: Zielonej Trawy, Kruków, Wilków i Strumienia.
Prawdziwa.
Schował ją z powrotem i przyspieszył kroku.
Michael skierował się do domu Sary. Brzuch nieprzyjemnie ciągnął z głodu, nogi dudniły po drodze, a myśl o normalnym łóżku wydawała się niemal luksusem. Ale nie było czasu na odpoczynek.
I nagle — uczucie. Ktoś patrzył mu w plecy.
Michael gwałtownie się odwrócił.
Za budynkiem jakby mignęła postać w czarnej narzucie — i zaraz zniknęła.
I nic więcej.
Ludzie zajmowali się swoimi sprawami, ktoś przechodził obok, ktoś nawet nie zwrócił na niego uwagi.
Michael uważniej przyjrzał się przechodniom.
— Hm… — cicho wypuścił powietrze, nie zauważając niczego dziwnego. Dopiero teraz rzucił mu się w oczy szczegół — wielu miało na szyjach drewniane wisiorki w kształcie małych rogów. Wcześniej tego nie zauważył.
— Może mi się zdawało…
Postał chwilę, potem poszedł dalej — już szybciej. W oddali widać było dom przywódczyni.
Zapukawszy, Michael wszedł.
Sara siedziała przy stole zawalonym książkami i papierami. Przerzucała stare, pociemniałe strony i szybko coś zapisywała w zeszycie piórem, maczając je w atramencie.
— O, Michael, to ty? Wejdź. Zwykle się tym nie zajmuję, ale twoja sprawa jest pilna. Dlatego postanowiłam przyspieszyć i pomóc — już poprosiłam handlarza ziołami, żeby przyniósł wszystko tutaj. Myślę, że możemy od razu przejść do rzeczy.
Zamknęła książkę, odsunęła ją na bok i przysunęła do niego drewnianą skrzynkę.
— Ceny są takie: garść rozdrobnionej kory wierzby — dwa zielone. Pęczek tymianku albo dziurawca — po trzy. Liście maliny i owoce dzikiej róży — po pięć. Bierz na potrzebną kwotę.
Michael zdjął torbę z ramienia i zaczął szybko przebierać zioła. Ręce lekko mu drżały.
Był doświadczonym kupcem, ale teraz wszystko było inne. Pierwszy raz w tej osadzie, pośród nieznanego towaru, gdzie pomyłka mogła drogo kosztować.
— To… To biorę.
Michael sięgnął po wiązki ziół. Suche liście maliny nieprzyjemnie zadrapały dłoń, czepiając się skóry. Okrągłe owoce dzikiej róży przeciwnie — co chwila próbowały wyślizgnąć się ze zmęczonych palców i z cichym stukiem rozsypać po ladzie. Michael zirytowany zebrał je z powrotem.
Odłożył prawie wszystko, co mógł unieść, zostawiając sobie trochę Lagerenców — na stanowisko i paszę.
Sara szybko oceniła to wzrokiem:
— Wystarczy. Zabieraj. Stajnia — pięć domów na północ. Po drugiej stronie drogi — tawerna.
— Dziękuję… bardzo, za troskę!
Plecak wyraźnie stał się cięższy.
Sara uśmiechnęła się krzywo:
— To nie troska. Kupcy są ważni dla osady. Jeśli padniesz bez sił — ograbią cię. A potem będą problemy — i dla ciebie, i dla mnie. A ja nie lubię zbędnych problemów.
Michael skinął głową.
Poprawił plecak, sprawdził, czy dobrze dociągnął pasy, i wyszedł na ulicę. Hałas obozu od razu go przykrył — głosy, stukanie, zapach dymu i świeżego drewna.
Do stajni nie było daleko. Szedł powoli, prowadząc konia za wodze, omijając ludzi i wozy. Gdzieś obok szczekały psy, ktoś kłócił się przy straganie, pod stopami skrzypiały deski.
Przy stajni zostawił wóz, opłacił miejsce i siano, zamienił kilka słów ze stajennym i już bez ciężaru ruszył do tawerny.
Tam było cieplej i ciszej.
Ku jego zdziwieniu jedzenie okazało się lepsze, niż oczekiwał: gorąca zupa na mięsnym bulionie z ziołami, kawałki mięsa, miękkie pieczywo.
Michael nawet uśmiechnął się do siebie.
— No to jest jedzenie…
Jadł w milczeniu.
Przy sąsiednim stole rozmawiano półgłosem:
— Ile jeszcze będą świecić…
— Kto wie. Już prawie czas.
— Nie chcę innego przywódcy.
— Myślisz, że ona znów pójdzie?
— Do lasu? Tam drugi raz się nie chodzi.
— Czyli niedługo zmiana…
Michael mimowolnie zaczął nasłuchiwać, ale rozmowa ucichła.
Dojadłszy kawałek chleba i zamówiwszy kufel chmielnego napitku, Michael posiedział jeszcze trochę. Napój przyjemnie rozlał się po ciele, rozluźniając po drodze.
Nawet się nie rozebrał. Buty ciężko stuknęły o drewnianą podłogę, kiedy po prostu wyciągnął nogi na łóżku. Stopy dudniły po drodze, łydki wypełnił tępy ciężar, a ciało zdawało się już do niego nie należeć.
Po prostu się położył.
I zapadł w sen.
Wieczór przyszedł niezauważenie.
Najpierw za oknem migały sylwetki — wszystko jak zwykle. Potem ruchy stały się ostrzejsze, bardziej napięte.
I nagle — krzyki.
Głośne. Poszarpane.
Michael gwałtownie się obudził, nie od razu rozumiejąc, gdzie jest. Serce ciężko uderzyło mu w pierś, w ustach zaschło, a ciało wciąż opierało się snu, nie chcąc podnosić się po drodze.
Pierwsze, co zrobił, to chwycił za plecak.
Z ulicy dobiegał szum tłumu, tupot, głosy.
Coś się działo.
I nie było to zwykłe zgromadzenie.
Koniec pierwszego rozdziału.
Zaloguj się, aby zapisywać postęp czytania.





