GłównaRozdziały › Rozdział 2
Rozdział 2

«Ci, którzy idą za tobą»

Rozdział 2

Data7 июня, 2026
Ocena ☆☆☆☆☆ Brak ocen
TomTom 2
MiejsceLas
TematyPrzetrwanie / Zaufanie
StatusOpublikowane

TEKST ROZDZIAŁU

Rozdział 2 — „Ci, którzy idą za tobą”

Krzyki nie cichły. Zbliżały się coraz bardziej.

— Otwierać! — rozległ się głos, przecinając poranne powietrze. — Wiem, że tam jesteście!

Przy wrotach zebrał się już tłum. Mieszkańcy trzymali się w pewnej odległości, ale nie rozchodzili się: ktoś szeptał, ktoś ściskał broń, ktoś po prostu patrzył — milcząco, napięty.

Po drugiej stronie wrót stali ludzie. Obcy.

Nie było ich wielu — może trzydziestu. Ale to wystarczało. Kości na ramionach, na piersiach, na broni. Jedne przywiązane pasami, inne wplecione w ubranie. Na wierzchu — płaty metalu. To nie byli włóczędzy. Wojownicy. Obóz Kości.

Na przód wyjechał jeden — konno. Wysoki, umięśniony. Twarz miał wychudłą, z długą blizną ciągnącą się od policzka do czoła, gęstą brodę. Oczy — ciemne, ale zbyt żywe, niemal chore.

Uderzył pięścią w wrota.

Sara! — krzyknął. — Wyjdź!

— Albo sam wejdę.

Michael wybiegł na ulicę, w biegu naciągając kurtkę. Plecak przyciskał do siebie tak, jakby był jedyną rzeczą, która miała znaczenie.

Od razu zrozumiał — to nie była zwykła kłótnia. Szybko dobiegł do wozu, chwycił załadowaną kuszę i ruszył bliżej tłumu.

Z każdą sekundą napięcie rosło.

Do wrót ściągali ludzie obozu — z łukami, mieczami, włóczniami. Nawet ci, którzy powinni odpoczywać.

Sara! Wiem, że tam jesteś! — znów rozległ się głos. — Czy boisz się wyjść?!

Na murze pojawiła się Sara — w pełnym uzbrojeniu. Zatrzymała się przy krawędzi, patrząc w dół.

— Myślałam, że już nie wrócisz, Strend — powiedziała. — Myślałam, że zdechłeś za murami jak zwierzę.

Uśmiechnął się krzywo.

— Myślałaś… czy miałaś nadzieję?

— Dogorywałeś jak zwierzę. Myślałam, że tak zdechłeś.

— Zejdź i powiedz mi to prosto w twarz! — ryknął.

Twarz wykrzywiła mu złość, oczy nabiegły krwią.

— To ty jesteś wszystkiemu winna! Przyszedłem odzyskać to, co moje!

Sara zmrużyła oczy.

— Ja? — spokojnie zapytała. — A niby czemu?

— Bo zajęłaś moje miejsce! Ono było moje!

— Nie, Strend — przerwała ostro. — Sam je spieprzyłeś.

Tłum się poruszył.

— Stchórzyłeś podczas ceremonii. Nie poszedłeś do lasu. To wystarczyło.

Strend zacisnął pięści.

— Suka… I jeszcze potem przysłałaś Ludzi.

— Nie wiem, o czym mówisz, ale z takimi jak oni nie mamy nic wspólnego. Tutaj nic ci się nie świeci. Zabieraj swoich i wynoś się.

Ściągnął wodze, robiąc krok naprzód.

— Tak tego nie zostawię.

Jego głos stał się niższy, groźniejszy.

— Nie przyszedłem tu bez powodu. Odetnę wam wszystko. Ani jeden człowiek nie wejdzie. Ani jeden — nie wyjdzie. Będziecie siedzieć bez handlu, bez dróg, bez ludzi. Dopóki sama nie wyjdziesz. Dopóki się nie przyczołgasz.

Ktoś w tłumie zaklął.

Sara nawet nie mrugnęła.

— Do tego nie dojdzie, Strend. Jedyne, co mogę ci zaproponować, to ciepłe końskie szczyny.

Ktoś cicho się zaśmiał.

— Możesz tu siedzieć, aż zsiniejesz. Albo dopóki nie wyczują was bestie Udgałły. A jeśli będę miała szczęście — zabiorę wam jeszcze broń. Przyda się nam.

Na murach zapłonęły pochodnie, zaczynało się ściemniać.

Sara odwróciła się.

— Wzmocnić warty! Miejcie oczy szeroko otwarte!

Zeszła na dół. Strend wciąż darł się za wrotami:

Sara! SA-RA!

Minęła godzina, może dwie. Nikt się nie rozchodził. Zapadła zupełna ciemność. Do obozu podkradła się ciężka, przytłaczająca cisza.

Michael chodził w kółko i zastanawiał się, co robić. Dobrze, że nocleg miał zapewniony do rana.

I nagle podbiegł do niego młody chłopak, zdyszany.

— Mam… od Sary! — wydyszał.

— Mów.

— Musicie odejść. Teraz. Tajnym przejściem.

Michael zamarł.

— Co?

— Ona pamięta o waszej wiosce. Mówi, że to potrwa długo. Wysłali mnie z wami — mam wyprowadzić was na ścieżkę przez las.

— Przez las? Teraz? Po ciemku? Bez konia?

Chłopak skinął głową, wciąż ciężko oddychając.

— Tak. Na południu miasta jest młyn. Czekajcie tam na mnie. Później nie będzie już szansy się wydostać.

Michael nie zaczął się sprzeczać. Decyzja przyszła sama, szybciej, niż się spodziewał. Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył do tawerny.

Przy wozie szybko zebrał wszystko, co potrzebne: strzały, wodę, resztki mięsa. Zbędnych rzeczy nie brał.

Potem przez miasto. Poruszał się szybko, ale ostrożnie, pytając o drogę nielicznych przechodniów. Ludzie odpowiadali krótko. W ich oczach widać było strach.

Kiedy dotarł do młyna, byli tam już ludzie.

— Hej, ty! Kto to? — cicho zawołał Michael.

— Ciszej… — syknął chłopak. — To znachorki. Ran nie zszyją, ale postawią na nogi.

Skinął na kobiety.

— Te są młode. W walce nie były, ale przy murach dadzą radę postać. Sara je wysłała.

Zniżył głos.

— Ma nadzieję, że później przyślecie pomoc.

— A ci? — Michael skinął na pozostałych.

— Kupcy. Nie miejscowi. Sara nie chce niepotrzebnych śmierci.

Michael w milczeniu skinął głową.

Przykucnął trochę niżej, jakby cień mógł go ukryć.

Starym tunelem wydostawali się za mury. Bez światła, po omacku. Ziemia pod nogami była wilgotna, powietrze ciężkie. Szli w milczeniu, słychać było tylko kroki i oddechy.

— Od czego to wszystko się zaczęło? — cicho zapytał Michael.

— Próba na przywódcę. Nie poszedł do lasu.

Z tyłu ktoś parsknął.

— Potem się załamał. Zaczął pić. I dobierać się do Sary.

Cisza stała się cięższa.

— Po tym go wygnali.

Więcej nikt się nie odzywał.

Po omacku natrafiwszy na coś z przodu, przewodnik się zatrzymał. Nad głową była drewniana pokrywa przysypana ziemią. Ze stęknięciem i zgrzytem, pchając i opierając się o wszystko, co tylko się dało, w końcu ustąpiła, a z zewnątrz od razu uderzyło zimne, świeże powietrze.

Wydostali się na zewnątrz. Las był ciemny, gęsty, przytłaczający. Korony splatały się nad głową. Gdzieś zahukała sowa, trzasnęła gałąź.

— Tam. Musimy iść w głąb — wyszeptał przewodnik, wskazując kierunek.

Las się zmienił. Księżyc przebił się przez gałęzie, zalewając wszystko zimnym światłem.

Michael zatrzymał się, wyczuwając zapach — metaliczny, ciężki, znajomy.

— Krew…

Z tyłu rozległy się krzyki. Między drzewami zamigotały zielone światła.

— Khemary…

Trochę dalej — równy, ciepły blask. Pochodnie. Ludzie szli za nimi, bez pośpiechu.

— Cholera… — wypuścił powietrze Michael i gwałtownie odwrócił się do pozostałych.

— Tam są nie tylko bestie! Ludzie też! Biegniemy!

Rzucili się naprzód, teraz już się nie kryjąc. Ryk i trzask gałęzi dyszały im za plecami.

— Naprzód! Są tutaj!

— Nie pozwólcie im uciec!

Głosy stawały się raz głośniejsze, raz cichsze. Siły do biegu przez las się kończyły.

— Jest gdzieś przed nami miejsce, żeby się ukryć?! — krzyknął Michael w biegu.

— Tak! — dobiegło z tyłu. — Ruiny! Stare miasto!

Głos drżał.

— Tam jest niebezpiecznie… ale nie bardziej niż tutaj! Są tam kamienne domy — można się schować!

Wypadli z lasu. Przed nimi otworzyło się martwe miasto: zardzewiałe samochody, trawa przebijająca się przez asfalt, zrujnowane domy, metalowe szkielety konstrukcji.

— Zwolnić! — krzyknął ten sam chłopak. — Ci z pochodniami są jeszcze daleko! W ciemności łatwo się zgubić — a wtedy po nas.

Księżyc oświetlał ruiny, ale cienie między nimi były głębsze niż w lesie.

Jedna ze znachorek nagle krzyknęła. Krzyk był dziwny — nie głośny, lecz zduszony, jakby strach wyrwał się sam.

Michael natychmiast się odwrócił. Kusza już była w rękach, palec spoczął na spuście. Jeszcze sekunda — i by wystrzelił.

Z boku od razu było jasne: przed nimi stał nie tylko kupiec. Łowca.

— Co tam?! — rzucił ostro.

— N-nam… nam nie wolno tutaj wchodzić… — wyszeptała znachorka, drżąc.

Michael parsknął, ale nie od razu opuścił kuszę.

— A to niby dlaczego?

Ruszył dalej, powoli, czujnie.

— Ojciec mi opowiadał… był łowcą — zaczęła jedna z kobiet, zbierając siły. — To miasto naszych przodków. Grzesznych przodków.

Druga podchwyciła:

— Miasto żelaznych rydwanów… i domów ze szkła i kamienia. Miasto grzeszników. A ich grzechy wciąż tu są.

Michael zwolnił krok.

— Grzechy?

— One są strzeżone — cicho powiedziała pierwsza. — Przez bezlicych strażników boga Udgałły… i jego psy. Khemary.

Michael zmrużył oczy.

— Bezlicych strażników?

Jeden z chłopaków nerwowo przełknął ślinę.

— Po deszczu słyszano tu głosy. Muzykę. Ale nikogo nie było. Dochodziły… ze ścian, ze słupów.

Ktoś cicho zaklął.

— Czasem światło zapala się samo. Bez ognia, bez świecy.

Cisza stała się gęstsza.

Michael znów zacisnął dłonie na kuszy.

— I dlatego tu nie chodzicie?

— Nam zabroniono — odpowiedziała znachorka. — Brać można tylko szkło i metal. Wszystko inne przynosi nieszczęście.

— Jakie znowu nieszczęście?

— To, co działa samo z siebie… to, co świeci… — wyszeptała. — To, co wygląda… jak żywe. Jeśli przynieść coś takiego do obozu — przychodzą po to.

— Kto?

— Stada Khemarów. I nie tylko one.

W oddali, na wpół zrujnowanym budynku, nagle zamigotało światło. Gwałtownie, nierówno. Jakby coś… ich usłyszało.

W grupie zrobiło się zbyt cicho. Bicie serc wydawało się głośniejsze niż kroki.

— Musimy się ukryć… — wyszeptał Michael.

Obok stał niski budynek.

— Tutaj! Szybko! — powiedział przewodnik, wskazując przed siebie. — Tylko na górę!

Przy wejściu pod ziemię wisiała zardzewiała tabliczka:

Parking

Weszli do środka. Drzwi podparli kamieniami — niezbyt solidnie, ale zawsze coś. Potem ruszyli w głąb, dalej od okien. Znaleźli pomieszczenie bez okien — stary magazyn. Wilgotno, ciemno, powietrze ciężkie.

— Odpoczniemy… — cicho powiedział przewodnik. — Przeczekamy. Nocą nie można iść. A teraz — tym bardziej.

Nikt się nie sprzeczał.

Michael siedział, opierając się o zimną ścianę, ale nie potrafił się rozluźnić. Od czasu lasu nie opuszczała go jedna myśl.

Ktoś wiedział, gdzie są.

— Ktoś mógł iść za mną jeszcze z obozu… — powiedział cicho.

Kilka osób się odwróciło.

— Przez ciebie? — zmarszczyła brwi jedna ze znachorek. — Podniosłeś coś… żywego? Przez to zapaliło się światło? Udgałła się rozgniewał?

W jej głosie słychać już było irytację.

— Nie… — Michael pokręcił głową. — Mówię o czymś innym. Jeszcze w dzień miałem wrażenie, że ktoś mnie śledzi.

Przewodnik cicho parsknął.

— Wątpię… Chociaż… Chyba że ludzie Strenda już byli w mieście. Mogli się rozglądać. Albo chcieli cię ograbić.

— Może…

Michael spojrzał w ciemność.

— Ale teraz bardziej martwi mnie coś innego… Jak to możliwe, że Khemary idą obok ludzi i ich nie atakują?

W pomieszczeniu zrobiło się ciszej.

Jeden z kupców zadrżał.

— Słyszałem… od innych. W Obozie Kości jest dziewczyna. Młoda. Mówią, że potrafi panować nad bestiami Udgałły.

Ktoś cicho zaklął.

— Myślałem, że to bajki. Opowieści dla pijanych… Lepiej byłoby, gdyby tak było. A teraz wychodzi, że nie.

W pokoju zrobiło się jeszcze ciężej.

Minęło kilka godzin.

Z zewnątrz rozległo się wycie. Blisko. Kilka Khemarów biegało wokół budynku — słychać było tupot, drapanie, szarpnięcia. A potem — z dołu. Spod piwnicy. Głuchy ryk i wycie, jakby bestie o coś walczyły.

Ale nie trwało to długo. Z dołu dobiegł inny dźwięk.

Szelest. Szarpnięcia.

Ktoś kopał.

Michael powoli się podniósł. Kusza w rękach.

— Sprawdzę…

Zaczął schodzić ostrożnie, stopień po stopniu. Światło prawie tu nie docierało — tylko słaba poświata przebijała się z góry.

Ręka ślizgała się po ścianie: wilgoć, chłód, zapach metalu.

I wtedy zobaczył.

Podziemny parking. Zardzewiałe samochody. Woda pod stopami. Krople spadały z sufitu.

Kilka Khemarów kopało — wściekle. Spod ich łap sypał się metaliczny pył. Spod zawalisk wydobywało się światło — ciepłe, złocisto-pomarańczowe.

Pozostałe stały wokół, nieruchomo. Jakby ciągnęło je do tego miejsca — i jednocześnie coś je powstrzymywało.

Trzask. Ostry, głośny.

Michael nie zdążył zareagować.

Kolumna runęła. Pył wzbił się w górę — i wszystko dookoła zalało pomarańczowe światło.

Gdzieś w ciemnym tunelu — przewody, rury, ślady starego świata. Słabe migające światło.

Czerwona tabliczka:

„Sekcja techniczna bunkra”.

Stary monitor ożył. Ekran zadrżał — i pojawiły się linie:

Proces ochrony podmiotu 2 — wstrzymany.

Ostatnia aktywność: 3 lata temu.

Proces ochrony podmiotu 1 — wstrzymany.

W obszarze podmiotu 1 wykryto wystarczającą ilość nanitów do odbudowy.

Rozpocząć reaktywację.

Koniec drugiego rozdziału.

0%

Zaloguj się, aby zapisywać postęp czytania.

LOKACJA

Ashwater (Popełniona Woda)

Kiedyś Ashwater był miastem naukowym na północnym zachodzie starego świata. Sąsiadowały tu kompleksy badawcze, obszary portowe i dzielnice mieszkalne. Po czterystu latach z miasta pozostały jedynie ruiny, ukryte w mgle, lesie i śladach Katastrofy.

Otwórz osadę ›

KOMENTARZE

Dodaj komentarz