GłównaRozdziały › Rozdział 3
Rozdział 3

Oskładek z przeszłości

Rozdział 3

Data7 июня, 2026
Ocena ☆☆☆☆☆ Brak ocen
TomTom 2
MiejsceDroga
TematyUchodźcy / Przetrwanie / Konflikt
StatusOpublikowane

TEKST ROZDZIAŁU

Rozdział 3 — Odłamek z przeszłości

W uszach wciąż dudniło po upadku kolumny. Powietrze było zapchane gęstym pyłem — ciężkim, niemal dało się go dotknąć rękami. Część sufitu zawaliła się dalej, zahaczając o pomieszczenie, w którym ukrywali się uciekinierzy. Jeden z nich zawisł, chwytając się krawędzi wyrwy. Twarzy nie było widać — tylko nogi, dyndające w dymie.

Pozostali powoli dochodzili do siebie. Cisza, ciężki oddech… i rzadkie trzaski osypującego się betonu.

Michael zrobił krok naprzód. Ku pomarańczowemu światłu.

Pył stopniowo opadał. Światło odbijało się od betonowych ścian, sprawiając, że wszystko wokół wydawało się nierzeczywiste. Sylwetki Khemarów na samochodach rozmywały się, ich zielona poświata stopniowo przygasała. Światło zamigotało.

— Co tam jest?! — krzyknął przewodnik, wciąż wisząc i machając nogami.

— Skąd mam wiedzieć… — wypuścił powietrze Michael, nie odrywając wzroku, wpatrując się w gęstą mgłę pyłu.

Światło stawało się słabsze, powoli opadając. Ciemniało, ale widzieć było łatwiej. Pył osiadł.

I wtedy Michael zrozumiał — pod stopami była pustka. Zapadlisko.

Michael ostrożnie podszedł bliżej. Czubkiem buta wymacał krawędź, upewnił się, że może stać.

— Może ktoś mnie stąd zdejmie?! — krzyknął przewodnik. — Zanim polecę tam samo!

Szybko wciągnięto go na górę.

Za plecami Michaela coś się poruszyło. Drgnął. Ręka spoczęła mu na ramieniu.

— Ja pier… — gwałtownie się odwrócił. — Czemu straszysz?!

To był jeden z kupców.

— Ja też chcę zobaczyć… — powiedział cicho.

Na dole coś się posypało, jak suchy piasek. Pomarańczowe światło na chwilę rozbłysło — i zaczęło gasnąć.

Na niższym poziomie, wśród gruzu i wody, leżał chłopiec. Nagi.

Jego ciało pokrywał świecący pył, który powoli przygasał.

— Trzeba go wyciągnąć! — powiedział ostro Michael. — Szybko!

I zaczął schodzić po odłamku — dawnym suficie, który teraz stał się podłogą. Wszystko było śliskie, nierówne, niebezpieczne, ale się nie zatrzymał.

— Żyje?! — krzyknął ktoś z góry.

Michael opadł obok niego. Położył rękę na piersi chłopca.

— Oddycha. I jest ciepły.

Podniósł głowę.

— Rzućcie coś! Skórę! Szmatę — cokolwiek!

— Noce są zimne…

Cisza. Nikt nie odpowiedział. Tylko pył powoli leciał w oczy.

Pięć lat wcześniej. To samo miejsce.

Zardzewiałe wrota do podziemnego parkingu nie były domknięte. Szczelina między skrzydłami czerniała jak paszcza.

Podszedł do nich mężczyzna. Łysiejąca głowa, rzadkie zęby, ubranie — same łachmany. Żuł suszone mięso, leniwie i bez pośpiechu.

Podszedłszy do wrót, splunął na bok, wytarł ręce o brudną kurtkę i, stękając, chwycił za metal.

— Zaraz… zaraz zobaczymy, co tam jest, i pojedziemy dalej, miła…

Szarpnął wrota w górę. Zgrzyt metalu rozszedł się po parkingu, echem uciekając w głąb. Mężczyzna skrzywił się, ale ciągnął dalej.

— Mówiłem przecież… szybko się uwinę…

Albert obejrzał się przez ramię.

— Tylko nie odchodź daleko, słyszysz?!

Za jego plecami stał koń zaprzężony do wozu zawalonego rupieciami.

Kiedy wszedł do środka, wilgoć ostro uderzyła go w twarz… Podłoga była pokryta błotem i stojącą wodą. Gdzieś rechotały żaby. Z sufitu kapała rdzawa woda.

A w głębi parkingu — cisza i brunatne światło. Przynajmniej tak mu się wydawało.

— A to co za jajo?.. — mruknął Albert, podchodząc bliżej.

I zamarł.

Kokon. Półprzezroczysty. W środku — dziewczynka. Zwinięta jak embrion. Może czternastoletnia.

Wokół kokonu ciągnęła się lepka, świecąca substancja — jak korzenie rozpełzające się po podłodze. Główna żyła odchodziła pod zawalisko. Pulsowała. Żyła.

— O-o… — wypuścił powietrze.

Usta rozciągnęły mu się w krzywym uśmiechu.

— No, to jest znalezisko…

— Jemu się spodoba… Za coś takiego dadzą mi czerwone Lagerence… jedzenie… dużo…

Oblizał usta.

— Wszystko moje…

Chwyciwszy za kokon, pociągnął. Substancja oplatająca kokon nie ustępowała.

Szarpnął mocniej. Światło wewnątrz kokonu drgnęło.

— Ja ci twoją siwą brodę oskubię… Psia wątroba… odczep się wreszcie! — syknął Albert i szarpnął z całej siły.

Nić pękła. Dziewczynka w kokonie lekko się poruszyła.

W powietrzu zawisł dziwny zapach — z metalicznym posmakiem i czymś chemicznym, ostrym, obcym.

Wciągnął powietrze nosem.

— Tfuu… — splunął. — Jakaś zgnilizna…

I bez namysłu znów chwycił za kokon.

Gdzieś na ekranie znów pobiegły linie:

Proces ochrony podmiotu 1 wstrzymany…

Błąd…

Wstrzymanie niemożliwe…

Nić uszkodzona…

Błąd…

Brak połączenia z podmiotem 2…

Proces ochrony podmiotu 2 wstrzymany.

Ciężko oddychając i zostawiając za sobą jedynie ślady, Albert pociągnął kokon ku wyjściu.

— No proszę… — uśmiechnął się krzywo. — A ty się bałaś…

W odpowiedzi rozległo się tylko parsknięcie konia, jakby ten rozumiał, że rozmowa jest prowadzona z nim.

Z trudem wrzucił kokon na wóz. Wytarł pot z czoła, tylko rozmazując błoto. Potem chwycił wodze i pojechał, jak gdyby nigdy nic.

Cisza znów wypełniła parking.

Teraźniejszość. To samo miejsce.

Czyjaś wełniana narzuta poleciała w dół i wylądowała Michaelowi prosto na głowie. Michael strząsnął ją, uniósł chłopca i ostrożnie okrył go materiałem. Potem zamarł na sekundę, wpatrując się w głąb zalanego pomieszczenia.

— Hej! Na górze! Jak ci tam… kupcze? — krzyknął Michael.

Echo uderzyło po uszach.

— Kto, ja? — w wyrwie pojawiła się głowa. — Simon jestem! Ty co, ze strachu zapomniałeś?

— Nie — machnął ręką Michael. — Ja zawsze miałem słabo do imion.

Zmrużył oczy.

— Na zewnątrz robi się jaśniej? Czy tylko mi się wydaje, że tu zrobiło się jaśniej?

— Zaraz sprawdzę! — odpowiedział Simon i zniknął.

— I powiedz znachorkom, żeby się przygotowały! — krzyknął za nim Michael. — Chłopak żyje, ale jest nieprzytomny!

— A ja tymczasem pomyślę, jak się stąd wydostać…

Michael ciężko wypuścił powietrze, poprawił chłopca i zarzucił go sobie na plecy. Z trudem zszedł z gruzów na dół. Pod stopami była woda i muł, miejscami prawie po pas. Niższy poziom parkingu został zalany. Pomarańczowy pył, osypujący się z ciała chłopca, zostawiał na wodzie słaby świecący ślad.

— Tuuutaj! — krzyknął ktoś.

— Po co się drzesz?! — warknął Michael.

Chłopak podbiegł bliżej.

— Świt. Cicho. Ani żywej duszy. Ci, którzy szli za nami, chyba przeszli obok.

— Świt?.. — zdziwił się Michael. — Ile my tu spędziliśmy czasu…

Michael wydostał się na zewnątrz. Wczesne promienie słońca uderzyły go w oczy.

Dwie znachorki od razu podbiegły.

— Kładź tutaj! Szybko!

Michael ostrożnie opuścił chłopca.

— Zimny… Trzeba go ogrzać.

— Wam też by nie zaszkodziło.

— Zgadzam się — skinął głową Michael. — Szukamy suchego miejsca. Ze ścianami, ale bez dachu.

— Rozpalimy ognisko. Ogrzejemy się. Po kolei się prześpimy.

— Za dnia iść niebezpiecznie. Khemary jeszcze nie odeszły.

— Trzeba zebrać zioła — dodała jedna ze znachorek. — Zrobimy gorący napar. Przywróci siły.

— Nie trzeba — Michael pokręcił głową. — Mam.

Dotknął plecaka.

— Wiozłem je dla wioski… ale jeśli zdechnę tutaj, w wiosce już nikomu się nie przydadzą.

— Za szczyptę ziół w domu nikt nie potępi — powiedziała cicho jedna ze znachorek.

— Może tam? — jeden z młodych wskazał przed siebie.

Wśród zrujnowanych budynków wyróżniał się inny — z krzyżem, bez dachu, porośnięty trawą i drzewami, jakby las powoli odbierał go sobie z powrotem.

— Chodziłem tam z ojcem — powiedział chłopak. — Zanim wzięli mnie do straży…

Urwał.

— Chciałem być łowcą.

Chłopak zawahał się.

— Widok jest dobry. Z drugiego piętra wszystko widać. I okna… z kolorowego szkła. Jak Lagerence.

— W takim razie prowadź — skinął głową Michael. — Chłopaka nie doniosę. Nie mam sił… i plecy mnie złapały.

Michael poprawił kuszę. Grupa ruszyła naprzód.

O dziwo było cicho. Tylko wiatr krążył w pustych otworach budynków.

— Prawie doszliśmy…

Chłopak nie zdążył dokończyć.

Z trawy z piskiem wyskoczył niewielki dzik. W tej samej sekundzie rozległ się świst. Strzała wbiła mu się w szyję. Zwierzę zapiszczało, rzuciło się naprzód, spróbowało przeskoczyć przez resztki metalowego ogrodzenia — i utknęło.

Fiut.

Druga strzała. Prosto w oko.

Michael opuścił kuszę.

— Pierwszy raz takie widzę… — mruknął. — Co to za dziwo?

Michael przełknął ślinę. W brzuchu nieprzyjemnie zaburczało.

Na ogrodzeniu wisiał niewielki dzik z krótkim rogiem na czole. Kły sterczały z zakrwawionej paszczy.

— To błogosławieństwo — powiedziała znachorka Lia.

Podeszła bliżej i obejrzała tuszę.

— Bóg Udgałła nie gniewa się na nas. Dał znak… żebyśmy nabrali sił i odeszli.

— Jadłam takie. Mięso jest twarde, ale jadalne.

— To młode? — zmarszczył brwi Michael.

— Nie — Lia pokręciła głową. — Dorosły osobnik. Dzik Tetu.

Skinęła na tuszę.

— Uparte bestie. Lubią włazić do cudzych ogrodów. Wszystko rozryją. Nawet jeśli stoi płot — będą napierać. Godzinami. Aż go połamią… albo same opadną z sił. Małe, ale niebezpieczne. Jeśli zwali z nóg — złamie nogę. A kiedy będziesz wstawał, może nabić cię na róg.

Lia spojrzała na Michaela.

— U was takich nie ma?

Michael pokręcił głową.

— Kiedyś polowałem… ale takie widzę po raz pierwszy.

Dzika z trudem wyciągnięto z ogrodzenia — wpadł w nie tak zajadle, że wygiął metalowe pręty.

W środku budynku naprawdę było pięknie. Światło słońca przebijało się przez ocalałe kolorowe szkła, rozbijając się na wzory i przelewając po ścianach oraz podłodze.

Ognisko rozpaliło się szybko. Próchniejące, ale suche drewno zajęło się łatwo. Do ognia poszło wszystko, co dało się spalić. Dymu prawie nie było.

— O, to się nada na herbatę… — powiedziała jedna z dziewczyn, znajdując całą misę i coś podobnego do okrągłego żelaznego naczynia.

— A na tym można suszyć ubrania… — dodał jeden z młodych, przynosząc metalowe pręty.

Mięso smażyli prosto — na zaostrzonych gałęziach. Bez zbędnych ceregieli. Po wszystkim, co przeżyli, to wystarczało.

Stopniowo wszyscy się ogrzali. Rozluźnili.

— Ja stanę na warcie pierwszy — powiedział Michael. — I tak plecy nie pozwolą mi zasnąć. Pośpijcie parę godzin — potem ruszymy.

Wziął plecak i kuszę, wszedł na ocalałą część drugiego piętra i usiadł przy kamiennej ścianie. Rozejrzał się.

— Brr… niby nie zima, a i tak zimno — mruknął Michael.

Z plecaka wyjął skórzany zeszyt — wytarty, ciasno zszyty — i zaczął coś rysować. Czasem upijał łyk gorącej herbaty. Czasem po prostu patrzył w dal.

Minęło kilka godzin.

Zeszyt zsunął się z krawędzi i poleciał w dół. Prosto na głowę jednego z kupców.

— Aj! — ten drgnął i zerwał się na nogi.

Kupiec spuścił wzrok. U jego stóp leżał skórzany zeszyt. Podniósł go, otworzył i zamarł.

Czego tam tylko nie było. Veyny, Khemary, Tumargi. Jakieś pająki i ptaki bez nazw. Rogi jeleni. A na ostatniej stronie — niewielki dzik z rogiem. Tetu.

— Hej, Michael! To twoje? — krzyknął w górę.

W odpowiedzi — cisza. Tylko ciche sapanie.

— Stary… ty tam zasnąłeś czy co?

Z góry dobiegło chrapanie.

— No jasne…

Kupiec miał na imię Bert. Wdrapał się na górę.

Michael spał, oparty o ścianę. Obok stała pusta misa. W ręce wciąż trzymał dziwną rzecz — półprzezroczystą, białawą plastikową rurkę z samodzielnie zrobioną końcówką. W środku gęstniał szary płyn.

— Hej… wstawaj, artysto — Bert lekko kopnął go nogą.

Michael drgnął. Zakrztusił się. Otworzył oczy.

— E… ech… — zmrużył oczy, rozglądając się. — Oddaj…

Zauważył zeszyt w rękach Berta. Ręka od razu się ku niemu wyciągnęła.

— Twoje?

— Mm… — Michael skinął głową. — Moje. Oddaj.

Bert podał zeszyt, ale go nie puścił.

Sam rysowałeś? A czym?

Michael parsknął i wskazał na rurkę.

— Tym właśnie.

Obrócił ją w dłoni.

— Kiedyś znalazłem. Wygodna rzecz. Nie rdzewieje, nie gnije.

Michael lekko pociągnął za górną część.

— Można otworzyć, nalać… i widać, ile jest w środku.

— Do przechowywania niewiele warta. Ale jako pióro — idealna.

Uśmiechnął się krzywo.

— Miejscowy kowal zrobił końcówkę. Darł się przy tym… ale zrobił.

Bert znów zajrzał do zeszytu.

— Ty to… długo prowadzisz?

Michael wzruszył ramionami.

— Od nastoletnich lat. Kogo widziałem. Jak się zachowują. Jak zabić. Wszystkiego nie zapamiętasz.

Michael zamarł. Powoli wciągnął powietrze nosem. Zmarszczył brwi.

— Poczekajcie…

Podniósł się i podszedł do krawędzi.

Na dole wszystko było spokojne — ognisko dogasało, pozostali spali.

Michael wspiął się na palce, chwycił krawędź złamanego dachu i spojrzał w dal.

Zamarł.

— O… mój Boże…

— Co tam? — od razu odezwał się Bert.

— Michael?

— No nie milcz! Co zobaczyłeś?!.. Ja pier… cholera, daj spojrzeć!

Michael nie odpowiedział.

Bert podszedł bliżej, wyjrzał zza jego ramienia —

…i też zamarł.

W oddali, nad lasem, unosiły się słupy dymu. Czarne. Gęste. Zbyt liczne.

— Tam… — cicho wypuścił powietrze Bert.

Michael zacisnął zęby.

— Za dużo dymu… — wyszeptał.

Koniec rozdziału.

0%

Zaloguj się, aby zapisywać postęp czytania.

LOKACJA

Ashwater (Popełniona Woda)

Kiedyś Ashwater był miastem naukowym na północnym zachodzie starego świata. Sąsiadowały tu kompleksy badawcze, obszary portowe i dzielnice mieszkalne. Po czterystu latach z miasta pozostały jedynie ruiny, ukryte w mgle, lesie i śladach Katastrofy.

Otwórz osadę ›

KOMENTARZE

Dodaj komentarz