TEKST ROZDZIAŁU
Rozdział 2 — „Ci, którzy idą za tobą”
Krzyki nie cichły. Zbliżały się coraz bardziej.
— Otwierać! — rozległ się głos, przecinając poranne powietrze. — Wiem, że tam jesteście!
Przy wrotach zebrał się już tłum. Mieszkańcy trzymali się w pewnej odległości, ale nie rozchodzili się: ktoś szeptał, ktoś ściskał broń, ktoś po prostu patrzył — milcząco, napięty.
Po drugiej stronie wrót stali ludzie. Obcy.
Nie było ich wielu — może trzydziestu. Ale to wystarczało. Kości na ramionach, na piersiach, na broni. Jedne przywiązane pasami, inne wplecione w ubranie. Na wierzchu — płaty metalu. To nie byli włóczędzy. Wojownicy. Obóz Kości.
Na przód wyjechał jeden — konno. Wysoki, umięśniony. Twarz miał wychudłą, z długą blizną ciągnącą się od policzka do czoła, gęstą brodę. Oczy — ciemne, ale zbyt żywe, niemal chore.
Uderzył pięścią w wrota.
— Sara! — krzyknął. — Wyjdź!
— Albo sam wejdę.
Michael wybiegł na ulicę, w biegu naciągając kurtkę. Plecak przyciskał do siebie tak, jakby był jedyną rzeczą, która miała znaczenie.
Od razu zrozumiał — to nie była zwykła kłótnia. Szybko dobiegł do wozu, chwycił załadowaną kuszę i ruszył bliżej tłumu.
Z każdą sekundą napięcie rosło.
Do wrót ściągali ludzie obozu — z łukami, mieczami, włóczniami. Nawet ci, którzy powinni odpoczywać.
— Sara! Wiem, że tam jesteś! — znów rozległ się głos. — Czy boisz się wyjść?!
Na murze pojawiła się Sara — w pełnym uzbrojeniu. Zatrzymała się przy krawędzi, patrząc w dół.
— Myślałam, że już nie wrócisz, Strend — powiedziała. — Myślałam, że zdechłeś za murami jak zwierzę.
Uśmiechnął się krzywo.
— Myślałaś… czy miałaś nadzieję?
— Dogorywałeś jak zwierzę. Myślałam, że tak zdechłeś.
— Zejdź i powiedz mi to prosto w twarz! — ryknął.
Twarz wykrzywiła mu złość, oczy nabiegły krwią.
— To ty jesteś wszystkiemu winna! Przyszedłem odzyskać to, co moje!
Sara zmrużyła oczy.
— Ja? — spokojnie zapytała. — A niby czemu?
— Bo zajęłaś moje miejsce! Ono było moje!
— Nie, Strend — przerwała ostro. — Sam je spieprzyłeś.
Tłum się poruszył.
— Stchórzyłeś podczas ceremonii. Nie poszedłeś do lasu. To wystarczyło.
Strend zacisnął pięści.
— Suka… I jeszcze potem przysłałaś Ludzi.
— Nie wiem, o czym mówisz, ale z takimi jak oni nie mamy nic wspólnego. Tutaj nic ci się nie świeci. Zabieraj swoich i wynoś się.
Ściągnął wodze, robiąc krok naprzód.
— Tak tego nie zostawię.
Jego głos stał się niższy, groźniejszy.
— Nie przyszedłem tu bez powodu. Odetnę wam wszystko. Ani jeden człowiek nie wejdzie. Ani jeden — nie wyjdzie. Będziecie siedzieć bez handlu, bez dróg, bez ludzi. Dopóki sama nie wyjdziesz. Dopóki się nie przyczołgasz.
Ktoś w tłumie zaklął.
Sara nawet nie mrugnęła.
— Do tego nie dojdzie, Strend. Jedyne, co mogę ci zaproponować, to ciepłe końskie szczyny.
Ktoś cicho się zaśmiał.
— Możesz tu siedzieć, aż zsiniejesz. Albo dopóki nie wyczują was bestie Udgałły. A jeśli będę miała szczęście — zabiorę wam jeszcze broń. Przyda się nam.
Na murach zapłonęły pochodnie, zaczynało się ściemniać.
Sara odwróciła się.
— Wzmocnić warty! Miejcie oczy szeroko otwarte!
Zeszła na dół. Strend wciąż darł się za wrotami:
— Sara! SA-RA!
Minęła godzina, może dwie. Nikt się nie rozchodził. Zapadła zupełna ciemność. Do obozu podkradła się ciężka, przytłaczająca cisza.
Michael chodził w kółko i zastanawiał się, co robić. Dobrze, że nocleg miał zapewniony do rana.
I nagle podbiegł do niego młody chłopak, zdyszany.
— Mam… od Sary! — wydyszał.
— Mów.
— Musicie odejść. Teraz. Tajnym przejściem.
Michael zamarł.
— Co?
— Ona pamięta o waszej wiosce. Mówi, że to potrwa długo. Wysłali mnie z wami — mam wyprowadzić was na ścieżkę przez las.
— Przez las? Teraz? Po ciemku? Bez konia?
Chłopak skinął głową, wciąż ciężko oddychając.
— Tak. Na południu miasta jest młyn. Czekajcie tam na mnie. Później nie będzie już szansy się wydostać.
Michael nie zaczął się sprzeczać. Decyzja przyszła sama, szybciej, niż się spodziewał. Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył do tawerny.
Przy wozie szybko zebrał wszystko, co potrzebne: strzały, wodę, resztki mięsa. Zbędnych rzeczy nie brał.
Potem przez miasto. Poruszał się szybko, ale ostrożnie, pytając o drogę nielicznych przechodniów. Ludzie odpowiadali krótko. W ich oczach widać było strach.
Kiedy dotarł do młyna, byli tam już ludzie.
— Hej, ty! Kto to? — cicho zawołał Michael.
— Ciszej… — syknął chłopak. — To znachorki. Ran nie zszyją, ale postawią na nogi.
Skinął na kobiety.
— Te są młode. W walce nie były, ale przy murach dadzą radę postać. Sara je wysłała.
Zniżył głos.
— Ma nadzieję, że później przyślecie pomoc.
— A ci? — Michael skinął na pozostałych.
— Kupcy. Nie miejscowi. Sara nie chce niepotrzebnych śmierci.
Michael w milczeniu skinął głową.
Przykucnął trochę niżej, jakby cień mógł go ukryć.
Starym tunelem wydostawali się za mury. Bez światła, po omacku. Ziemia pod nogami była wilgotna, powietrze ciężkie. Szli w milczeniu, słychać było tylko kroki i oddechy.
— Od czego to wszystko się zaczęło? — cicho zapytał Michael.
— Próba na przywódcę. Nie poszedł do lasu.
Z tyłu ktoś parsknął.
— Potem się załamał. Zaczął pić. I dobierać się do Sary.
Cisza stała się cięższa.
— Po tym go wygnali.
Więcej nikt się nie odzywał.
Po omacku natrafiwszy na coś z przodu, przewodnik się zatrzymał. Nad głową była drewniana pokrywa przysypana ziemią. Ze stęknięciem i zgrzytem, pchając i opierając się o wszystko, co tylko się dało, w końcu ustąpiła, a z zewnątrz od razu uderzyło zimne, świeże powietrze.
Wydostali się na zewnątrz. Las był ciemny, gęsty, przytłaczający. Korony splatały się nad głową. Gdzieś zahukała sowa, trzasnęła gałąź.
— Tam. Musimy iść w głąb — wyszeptał przewodnik, wskazując kierunek.
Las się zmienił. Księżyc przebił się przez gałęzie, zalewając wszystko zimnym światłem.
Michael zatrzymał się, wyczuwając zapach — metaliczny, ciężki, znajomy.
— Krew…
Z tyłu rozległy się krzyki. Między drzewami zamigotały zielone światła.
— Khemary…
Trochę dalej — równy, ciepły blask. Pochodnie. Ludzie szli za nimi, bez pośpiechu.
— Cholera… — wypuścił powietrze Michael i gwałtownie odwrócił się do pozostałych.
— Tam są nie tylko bestie! Ludzie też! Biegniemy!
Rzucili się naprzód, teraz już się nie kryjąc. Ryk i trzask gałęzi dyszały im za plecami.
— Naprzód! Są tutaj!
— Nie pozwólcie im uciec!
Głosy stawały się raz głośniejsze, raz cichsze. Siły do biegu przez las się kończyły.
— Jest gdzieś przed nami miejsce, żeby się ukryć?! — krzyknął Michael w biegu.
— Tak! — dobiegło z tyłu. — Ruiny! Stare miasto!
Głos drżał.
— Tam jest niebezpiecznie… ale nie bardziej niż tutaj! Są tam kamienne domy — można się schować!
Wypadli z lasu. Przed nimi otworzyło się martwe miasto: zardzewiałe samochody, trawa przebijająca się przez asfalt, zrujnowane domy, metalowe szkielety konstrukcji.
— Zwolnić! — krzyknął ten sam chłopak. — Ci z pochodniami są jeszcze daleko! W ciemności łatwo się zgubić — a wtedy po nas.
Księżyc oświetlał ruiny, ale cienie między nimi były głębsze niż w lesie.
Jedna ze znachorek nagle krzyknęła. Krzyk był dziwny — nie głośny, lecz zduszony, jakby strach wyrwał się sam.
Michael natychmiast się odwrócił. Kusza już była w rękach, palec spoczął na spuście. Jeszcze sekunda — i by wystrzelił.
Z boku od razu było jasne: przed nimi stał nie tylko kupiec. Łowca.
— Co tam?! — rzucił ostro.
— N-nam… nam nie wolno tutaj wchodzić… — wyszeptała znachorka, drżąc.
Michael parsknął, ale nie od razu opuścił kuszę.
— A to niby dlaczego?
Ruszył dalej, powoli, czujnie.
— Ojciec mi opowiadał… był łowcą — zaczęła jedna z kobiet, zbierając siły. — To miasto naszych przodków. Grzesznych przodków.
Druga podchwyciła:
— Miasto żelaznych rydwanów… i domów ze szkła i kamienia. Miasto grzeszników. A ich grzechy wciąż tu są.
Michael zwolnił krok.
— Grzechy?
— One są strzeżone — cicho powiedziała pierwsza. — Przez bezlicych strażników boga Udgałły… i jego psy. Khemary.
Michael zmrużył oczy.
— Bezlicych strażników?
Jeden z chłopaków nerwowo przełknął ślinę.
— Po deszczu słyszano tu głosy. Muzykę. Ale nikogo nie było. Dochodziły… ze ścian, ze słupów.
Ktoś cicho zaklął.
— Czasem światło zapala się samo. Bez ognia, bez świecy.
Cisza stała się gęstsza.
Michael znów zacisnął dłonie na kuszy.
— I dlatego tu nie chodzicie?
— Nam zabroniono — odpowiedziała znachorka. — Brać można tylko szkło i metal. Wszystko inne przynosi nieszczęście.
— Jakie znowu nieszczęście?
— To, co działa samo z siebie… to, co świeci… — wyszeptała. — To, co wygląda… jak żywe. Jeśli przynieść coś takiego do obozu — przychodzą po to.
— Kto?
— Stada Khemarów. I nie tylko one.
W oddali, na wpół zrujnowanym budynku, nagle zamigotało światło. Gwałtownie, nierówno. Jakby coś… ich usłyszało.
W grupie zrobiło się zbyt cicho. Bicie serc wydawało się głośniejsze niż kroki.
— Musimy się ukryć… — wyszeptał Michael.
Obok stał niski budynek.
— Tutaj! Szybko! — powiedział przewodnik, wskazując przed siebie. — Tylko na górę!
Przy wejściu pod ziemię wisiała zardzewiała tabliczka:
Parking
Weszli do środka. Drzwi podparli kamieniami — niezbyt solidnie, ale zawsze coś. Potem ruszyli w głąb, dalej od okien. Znaleźli pomieszczenie bez okien — stary magazyn. Wilgotno, ciemno, powietrze ciężkie.
— Odpoczniemy… — cicho powiedział przewodnik. — Przeczekamy. Nocą nie można iść. A teraz — tym bardziej.
Nikt się nie sprzeczał.
Michael siedział, opierając się o zimną ścianę, ale nie potrafił się rozluźnić. Od czasu lasu nie opuszczała go jedna myśl.
Ktoś wiedział, gdzie są.
— Ktoś mógł iść za mną jeszcze z obozu… — powiedział cicho.
Kilka osób się odwróciło.
— Przez ciebie? — zmarszczyła brwi jedna ze znachorek. — Podniosłeś coś… żywego? Przez to zapaliło się światło? Udgałła się rozgniewał?
W jej głosie słychać już było irytację.
— Nie… — Michael pokręcił głową. — Mówię o czymś innym. Jeszcze w dzień miałem wrażenie, że ktoś mnie śledzi.
Przewodnik cicho parsknął.
— Wątpię… Chociaż… Chyba że ludzie Strenda już byli w mieście. Mogli się rozglądać. Albo chcieli cię ograbić.
— Może…
Michael spojrzał w ciemność.
— Ale teraz bardziej martwi mnie coś innego… Jak to możliwe, że Khemary idą obok ludzi i ich nie atakują?
W pomieszczeniu zrobiło się ciszej.
Jeden z kupców zadrżał.
— Słyszałem… od innych. W Obozie Kości jest dziewczyna. Młoda. Mówią, że potrafi panować nad bestiami Udgałły.
Ktoś cicho zaklął.
— Myślałem, że to bajki. Opowieści dla pijanych… Lepiej byłoby, gdyby tak było. A teraz wychodzi, że nie.
W pokoju zrobiło się jeszcze ciężej.
Minęło kilka godzin.
Z zewnątrz rozległo się wycie. Blisko. Kilka Khemarów biegało wokół budynku — słychać było tupot, drapanie, szarpnięcia. A potem — z dołu. Spod piwnicy. Głuchy ryk i wycie, jakby bestie o coś walczyły.
Ale nie trwało to długo. Z dołu dobiegł inny dźwięk.
Szelest. Szarpnięcia.
Ktoś kopał.
Michael powoli się podniósł. Kusza w rękach.
— Sprawdzę…
Zaczął schodzić ostrożnie, stopień po stopniu. Światło prawie tu nie docierało — tylko słaba poświata przebijała się z góry.
Ręka ślizgała się po ścianie: wilgoć, chłód, zapach metalu.
I wtedy zobaczył.
Podziemny parking. Zardzewiałe samochody. Woda pod stopami. Krople spadały z sufitu.
Kilka Khemarów kopało — wściekle. Spod ich łap sypał się metaliczny pył. Spod zawalisk wydobywało się światło — ciepłe, złocisto-pomarańczowe.
Pozostałe stały wokół, nieruchomo. Jakby ciągnęło je do tego miejsca — i jednocześnie coś je powstrzymywało.
Trzask. Ostry, głośny.
Michael nie zdążył zareagować.
Kolumna runęła. Pył wzbił się w górę — i wszystko dookoła zalało pomarańczowe światło.
Gdzieś w ciemnym tunelu — przewody, rury, ślady starego świata. Słabe migające światło.
Czerwona tabliczka:
„Sekcja techniczna bunkra”.
Stary monitor ożył. Ekran zadrżał — i pojawiły się linie:
Proces ochrony podmiotu 2 — wstrzymany.
Ostatnia aktywność: 3 lata temu.
Proces ochrony podmiotu 1 — wstrzymany.
W obszarze podmiotu 1 wykryto wystarczającą ilość nanitów do odbudowy.
Rozpocząć reaktywację.
Koniec drugiego rozdziału.
Zaloguj się, aby zapisywać postęp czytania.





