TEKST ROZDZIAŁU
Rozdział 6 — „Nie tutaj”
W zimnej sali trzaskały pochodnie, ich światło drżało na kamiennych ścianach. Rada szeptała między sobą, czekając. Kroki Sary zabrzmiały głucho, odbijając się echem pod sklepieniami.
— Saro. Dziecko Porannej Rosy. Z osady Zielonej Trawy — powiedział Kaleb, uważnie na nią patrząc. — Nie znamy waszych obyczajów, tak jak wy nie znacie naszych. Decyzja nie przyszła nam łatwo, ale ją podjęliśmy. Tobie i twojemu ludowi zostanie dany dach nad głową.
Sara wypuściła powietrze i zrobiła krok naprzód, wyciągając worek.
— Mam Lagerence. To powinno wystarczyć…
Po sali przeszedł pomruk. Kaleb krótko kaszlnął, rzucił spojrzenie Michaelowi i głosy ucichły.
— Nie skończyłem. Zostaw je. Przydadzą ci się. Nie chodzi o szkło, lecz o pożytek. Potrzebujemy kowali, rolników, ludzi zdolnych trzymać mury.
Kaleb zamilkł na sekundę, jakby dobierał słowa.
— Możesz mówić — dobiegł głos z rady.
Sara obejrzała się na Michaela. Ten ledwie zauważalnie skinął głową.
— Dziękuję… Postaramy się być użyteczni. Kowali mamy, rolników też. Ale strażnicy prawie wszyscy zginęli. Nasz lud długo żył pod władzą ojca Strenda. Ludzie są pracowici, ale niewykształceni. Wielu nie umie ani czytać, ani pisać. Próbowałam zaszczepić im piśmienność, ale to nie przychodzi od razu. I nie każdemu.
Z cienia wyszła starsza kobieta. Na jej szyi było więcej piór niż u pozostałych. Kiedy kobieta zdjęła kaptur, po sali przetoczyła się fala niezadowolenia.
— Ciszej — powiedziała spokojnie. — Jak chcemy zaufania, skoro sami go nie dajemy?
Głosy stopniowo ucichły. Kobieta podeszła bliżej do Sary.
— Słyszałam o tobie. Utrzymałaś swój lud. Głosuję za.
Kaleb wyprostował się. Poparcia było wystarczająco dużo.
— Saro, daję ci miejsce w radzie. Nie pełne — dodał Kaleb twardziej, zagłuszając nowy pomruk — ale staniesz się łącznikiem między naszymi ludami. Decyzja zapadła.
Laska uderzyła o kamienną podłogę. Potem Kaleb przeniósł wzrok na Michaela.
— A ty tracisz miejsce w radzie i bierzesz na siebie odpowiedzialność za chłopca.
Michael podszedł bliżej, nie podnosząc głowy, i nic nie odpowiedział.
— Rada zakończona — powiedział Kaleb, ponownie uderzając laską.
Sala ożyła, zaszumiała.
— A Obóz Kości? — rozległy się głosy.
— Jutro — krótko odpowiedział Kaleb. Potem spojrzał na Michaela: — Zostajesz przydzielony do Sary. Pomożesz jej się oswoić.
Michael stał jeszcze przez sekundę nieruchomo, po czym się odwrócił.
— Saro — rzucił cicho i wyszedł.
Przy drewnianym podnośniku Michael czekał w milczeniu. W piersi ciężko go ściskało: lęk, wstyd i zmęczenie splatały się, mącąc myśli. Sara wyszła niemal od razu. Po jej twarzy było widać — to, co się działo, jej też się nie podobało, ale wyboru nie było.
Dźwignia zaskrzypiała i platforma powoli ruszyła w dół wzdłuż wodospadu.
— Nie wiem, czy zdołam ci wybaczyć — powiedziała Sara po długiej pauzie. — I nawet nie rozumiem, czy jesteś winny. Może trzeba wybaczyć sobie… I nie wiem, czy zasługuję na wybaczenie.
Michael nie odpowiedział i nawet się nie odwrócił.
Kiedy platforma opadła na dół, pierwszy ruszył naprzód. Każdy ruch przychodził mu z wysiłkiem. Drewniana kula głucho stukała o kamień, odbijając się w głowie poszarpanymi wspomnieniami z bagna. Sara szła za nim, nie odważając się ani go dogonić, ani zostać w tyle. Chciała zniknąć, rozpłynąć się pośród płatków sakury wirujących w powietrzu.
Przy moście, bliżej centrum osady, czekali już Luka i Katherine.
— Chodź — powiedział Luka. — Zakwaterowali cię tam, na wzgórzu.
Na skale stał niewielki dom z drewnianym podestem przypominającym balkon. Wokół rosły zadbane drzewa, a do domu prowadziła kamienna droga, wspinająca się po zboczu. Sara nawet nie spojrzała na Michaela. Po prostu się odwróciła i poszła.
Katherine w milczeniu wzięła Michaela pod rękę. Tak złamanego jeszcze go nie widziała.
— Wyobraź sobie… przyprowadzili do nas chłopca — powiedziała Katherine, próbując poruszyć męża. — Ułożyłam go przy kominku, w sieni.
— Jak on?.. — głucho zapytał Michael, jakby pytanie nie miało znaczenia.
— Nie ma gorączki. Ale cały czas śpi. Nawet się nie obudził. Tylko coś mamrotał.
Szli powoli.
— Jesteś głodny? Ugotowałam twoją ulubioną zieloną zupę.
Zawołali ich przechodnie:
— Dziękujemy, Michael! Mojej żonie jest lepiej — zioła pomogły!
Michael podniósł głowę.
— Cieszę się…
Słowa zabrzmiały same. Razem z nimi przyszła cała reszta. Wciągnął powietrze, oczy napełniły się łzami. Michael odwrócił się, wycierając twarz i brodę, ale to już nie pomagało. Katherine mocniej ścisnęła jego rękę.
— Chodźmy do domu.
W domu Michael usiadł przy stole, nawet nie zdejmując ubrania. Siedział nieruchomo, patrząc w jeden punkt.
— Jest już za późno, żeby iść do źródła — powiedziała Katherine. — Podgrzeję wodę i cię obmyję. Zaczekaj.
Krzątała się po domu, nie wiedząc, za co się zabrać: raz chwytała kocioł z zupą, raz miskę z wodą, którą stawiała do grzania. Przy kominku leżał chłopiec.
— Mamo… mamo… — wymamrotał, nie budząc się.
Michael podniósł głowę.
— Nie… mamo… wyjdź z samochodu…
Słowo było obce. Niezrozumiałe. Katherine podeszła z ciepłą wodą.
— Często tak mówi. Nie wszystkie słowa rozumiem… On jest z innej osady?
— Nie — głucho odpowiedział Michael. — Znalazłem go w ruinach. Pod gruzami. Jakby coś mnie tam ciągnęło.
Katherine zatrzymała wzrok na mężu. To nie było do niego podobne. Zwykle Michael wracał i opowiadał wszystko szczegółowo, z przejęciem. Teraz jakby siedział nie tutaj.
Ostrożnie zdjęła z niego ubranie i zamarła. Plecy były pokryte siniakami przechodzącymi w żółto-zielony kolor. Katherine wszystko zrozumiała, ale nic nie powiedziała. Po prostu wzięła mokrą tkaninę i zaczęła delikatnie obmywać mu plecy, starając się nie sprawiać bólu.
Kiedy skończyła, Michael sam doprowadził resztę do końca, przebrał się w czyste ubranie i znów usiadł przy stole. Jadł w milczeniu, bez smaku, po prostu dlatego, że trzeba. Katherine siedziała obok i nie odrywała od niego wzroku. W jej oczach była cicha radość: żyje, wrócił.
Tymczasem Sara dotarła już do nowego mieszkania. Po drodze prawie nie odezwała się ani słowem, tylko słuchała Luki, który z ożywieniem opowiadał, jak dotarli do osady Kruków.
— Szliśmy przez most — mówił Luka. — Tak nim kołysało od wiatru, że podłoga uciekała spod nóg. Gretta z Lią piszczały, cały czas chciały wracać. Najciężej było nieść chłopca…
Sara rzuciła mu krótkie spojrzenie, jakby prosząc, żeby zamilkł. Chciała ciszy, ale Luka nie zrozumiał.
— A jeszcze ptaki były dziwne. Z długimi szyjami. Odegoniliśmy je kamieniami, a one zaczęły krążyć, próbowały dziobać. Schowaliśmy się w żelaznej budce, siedzieliśmy tam do wieczora. I dźwięki miały paskudne… jeszcze kamienie po dachu…
— A potem? — przerwała Sara.
Luka się zatrzymał.
— Chyba przyszliśmy.
— Dziękuję, że mnie odprowadziłeś — powiedziała zmęczona Sara.
— Może zostać? Albo zawołać Lię albo Grettę, żeby cię obejrzały?
— Nie, dziękuję. Poradzę sobie.
Przed nią stał dom. Z dołu wydawał się mniejszy, niż był naprawdę. Sara otworzyła drzwi i weszła. W środku było czysto, przytulnie i pusto. Półki na książki, kominek, niewielka kuchnia, sypialnia. Część domu wchodziła w skałę. Z boku stała drewniana wanna. Na balkonie, na który można było wyjść prosto z pokoju, leżała torba z jedzeniem: owoce, warzywa, mięso.
Sara wniosła torbę do środka i postawiła ją na stole. Wyjęła niewielki kawałek świecącego rogu, który zawsze nosiła przy sobie, i położyła go przy kominku.
Wszystko było dobrze. Zbyt dobrze. Ale obce. Zapach wydawał się miękki, słodki, nie swój.
Sara obmyła się zimną wodą, a potem niemal bezwiednie zaczęła obierać warzywa. Łzy płynęły same, wycierała je ramieniem, powstrzymując się, żeby nie krzyknąć. Wszystko przychodziło ciężko. Za co to wszystko — nie rozumiała.
Ugotowała gulasz, pogrzebała w nim łyżką i prawie nic nie zjadła. Potem wzięła kawałek rogu i położyła się do łóżka, próbując przywyknąć do nowego miejsca, do nowego zapachu, do nowego życia.
Za oknami stopniowo ciemniało. Katherine opuściła lampę, zapaliła świecę i podniosła ją z powrotem pod sufit, zamykając szklanym kloszem.
— Wiesz… cieszę się, że przyprowadziłeś chłopca — powiedziała, przysuwając się bliżej i kładąc głowę Michaelowi na ramieniu. — Przecież od dawna chcieliśmy dzieci.
Katherine przesunęła dłonią po jego ramieniu.
— Może wyrosnąć na takiego łowcę jak ty.
— Nie spiesz się — głucho odpowiedział Michael. — Niech najpierw dojdzie do siebie.
Ciężko się podniósł.
— Chodźmy. Jestem zmęczony.
Położyli się. Michael niemal od razu zamknął oczy, próbując po prostu się wyłączyć. Katherine jeszcze przez jakiś czas na niego patrzyła, potem objęła go i też zdrzemnęła się.
Noc opadła na osadę. Hałas stopniowo ucichł. Tylko głuchy pomruk zza wodospadu od czasu do czasu przetaczał się po obozie: gdzieś za kamieniem pracował ukryty mechanizm. Raz na godzinę wydawał przeciągły gwizd i ten dźwięk, ledwie słyszalny za dnia, nocą niósł się szczególnie wyraźnie. Kilka razy wyrywał Michaela z półsnu, przypominając: jest w domu.
— Nie… nie… — nagle rozległo się od strony kominka.
Michael i Katherine obudzili się. Chłopiec miotał się, potem otworzył oczy i uniósł się. Czoło miał mokre od potu. Wzrok czepiał się wszystkiego wokół, nie rozumiejąc, gdzie jest. Gdy zobaczył dorosłych, zamarł.
Katherine ostrożnie opadła obok niego.
— Wszystko dobrze. Nie bój się.
Chłopiec się cofnął.
— Chcesz wody? — miękko zapytała Katherine i spojrzała na Michaela.
Ten w milczeniu wstał i przyniósł misę. Chłopiec skinął głową, chwycił ją i łapczywie wypił, prawie nie oddychając. Potem odstawił ją z powrotem i głęboko wciągnął powietrze. Oddech stopniowo się wyrównał.
— Jak masz na imię? Rozumiesz mnie? Mam na imię Katherine.
Wskazała na siebie.
— A to Michael.
Chłopiec patrzył na nich, potem niepewnie powtórzył:
— K… Katherine… M… Michael…
— Tak — uśmiechnęła się Katherine. — Dobrze. A ty?
Chłopiec zamarł. Oczy zaczęły mu biegać i przez moment jakby błysnęło w nich słabe światło. Potem wstał i skierował się do drzwi.
— Tam jest noc — powiedziała Katherine i chciała pójść za nim, ale Michael zatrzymał ją ręką.
Nic nie rozumiał, ale czuł: coś się dzieje. Katherine mimo to podtrzymała chłopca, pomagając mu iść, i wyszli za nim.
Osada nie spała. Płonęły pochodnie, szumiał wodospad, po ścieżkach chodzili strażnicy. Liście wirowały w nocnym powietrzu. Chłopiec podniósł głowę. Niebo było czyste, usiane gwiazdami. Skały wokół odbijały światło pochodni, barwiąc wszystko ciepłymi czerwonymi odcieniami.
Patrzył w górę, nie odrywając wzroku.
I nagle przyszedł obraz: kobieta o rudych włosach, ciepły głos.
„Sam… obudź się…”
Nie rozumiał, kto to. Ale obraz był znajomy. Bliski.
— Uuuuuu…
Za wrotami rozległo się wycie. Straż natychmiast się poderwała.
— Khemary! — dobiegł krzyk.
Do murów zaczęli ściągać ludzie z bronią. Za wrotami migały zielone światła. W oknach domów zapalało się światło, mieszkańcy wychodzili na zewnątrz, próbując zrozumieć, co się dzieje.
— Zabierz go do domu — chrapliwie powiedział Michael, puszczając rękę Katherine.
Utykając, poszedł do drzwi, wziął kuszę i usiadł na ławce przy domu. Oddychał urywanie, nierówno. Katherine podeszła do chłopca i wzięła go za rękę. Dłoń okazała się gorąca. Chłopiec spojrzał jej w oczy i spokojnie ruszył za nią.
— Sam… ja… — powiedział.
— Sam, czyli tak — uśmiechnęła się Katherine.
Zamieszanie wokół jej nie przerażało. Obejrzała się na Michaela:
— A ty dokąd się wybierasz?
— Nigdzie. Posiedzę tutaj — odpowiedział, ściskając kuszę.
Sam usiadł obok. Wzrok mu się miotał: straż przy wrotach robiła się coraz gęstsza, pochodnie drżały w ciemności. Nie było paniki, ale napięcie wisiało w powietrzu. Ludzie stopniowo zaczęli wracać do domów.
Tylko Sara stała na balkonie, obserwując, co się dzieje. Tutaj wszystko było inne: porządek, gotowość, wyćwiczone ruchy straży, sygnały, światło. Bez zamętu, bez krzyków, bez paniki. Bezpieczeństwo, do którego jeszcze nie przywykła.
Do jej domu podeszło kilku ludzi z Zielonej Trawy. Ci, którzy przeżyli. Twarze zmęczone, napięte, w oczach strach, jakby wszystko miało zaraz się powtórzyć.
— Saro… co mamy robić? — zapytał jeden z nich.
Spojrzała na ludzi, na obóz, na mury i straż.
— Tutaj jest bezpiecznie. Wracajcie do domów. Odpoczywajcie. Jutro wszystkich zbiorę.
Ocaleni spojrzeli po sobie, jakby sprawdzali jej słowa, i powoli się rozeszli. Sara została sama. Nie była pewna ani jednego słowa, ale potrzebowała, żeby to, co powiedziała, okazało się prawdą.
I nagle głuchy pomruk zza wodospadu przetoczył się przez obóz.
„Tsssssss-iiii”
Sam zamarł. Wzrok stał się pusty. Dźwięk uderzył w głowę — obcy, bolesny. Przed oczami błysnęły obrazy: samochód, krew, ręka wyciągająca się ku niemu.
„Wszystko będzie dobrze… kocham cię, synku…”
Sam podniósł głowę i krzyknął.
Powietrze wokół ścisnęło się, stało się ciężkie, a potem miękko rozbłysło bladoniebieskim światłem. Fala światła rozeszła się od Sama jak oddech: zgasły pochodnie, zadrżała woda w strumieniu i, uderzywszy o wodospad, blask wrócił z powrotem już silniejszy. Przemknął przez obóz ku wrotom, zwalając ludzi z nóg, i wyszedł poza mury.
W ciemności zielone światła Khemarów zaczęły gasnąć jedno po drugim. Początkowo wydawało się, że bestie po prostu się cofają, ale potem w ich ciałach coś rozbłysło. Przez żebra i paszcze wyrwało się poszarpane zielonkawe światło, jakby od środka na zewnątrz przebijało się coś żywego.
Khemary drgnęły. Sierść zaczęła odpadać kępami, skóra pękała i rozpełzała się cienkimi świetlistymi żyłkami. Ciała jakby same się rozpadały — bez krwi, bez krzyków.
Po kilku sekundach bestie zaczęły rozsypywać się na oczach wszystkich. Najpierw zapadały się do środka łapy, potem pierś, pyski, kręgosłupy. Wszystko zmieniało się w szaro-czarny piasek, który wiatr od razu rozwiewał.
Ciemność przykryła wszystko.
Przez kilka sekund obóz trwał w bezruchu. Nikt się nie poruszył. Słychać było tylko ciężkie oddechy i plusk wody.
Sam stał, chwiejąc się. Światło wokół zniknęło równie nagle, jak się pojawiło. Chłopiec zrobił krok i runął.
— Sam! — krzyknęła Katherine, rzucając się do niego.
Michael powoli się podniósł. W głowie dzwoniło, ciało nie słuchało: uderzenie przeszło przez cały obóz. Kilku strażników przy wrotach trzymało się za głowy, ktoś wciąż leżał na ziemi, nie do końca dochodząc do siebie.
— Co to było?.. — wyszeptał ktoś w ciemności.
Stopniowo zaczęto zapalać pochodnie. Jedną po drugiej. Światło wracało.
— Sprawdzić za wrotami! — dobiegł głos z muru.
Kilka płonących strzał wzbiło się w powietrze i poleciało poza obóz. Wszyscy czekali.
— Czysto! — krzyknęli z zewnątrz. — Nie ma ich!
Ale radości nie było. Tylko cisza i dziwne uczucie, jakby coś jednak pozostało.
Tuż przy wrotach, na ziemi, pośród pyłu, matowo pobłyskiwały odłamki. Drobne. Słabo świecące. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą były Khemary.
5 lat wcześniej. Droga do Obozu Kości
Zgrzybiały, przeładowany wóz ledwo pełzł po rozmytej gliniastej drodze ciągnącej się wzdłuż gór przez las. Koń charczał, z nozdrzy waliła para. Ciągnął nie tylko wóz, ale i samego siebie — ostatkiem sił. Co kilka minut zatrzymywał się, żeby odpocząć albo w biegu uszczknąć kępkę trawy.
Kokon z dziewczynką w środku kołysał się od burty do burty, jakby zaraz miał się zerwać i stoczyć w gęstwinę.
— Zobaczymy, co my tu mamy… graty… graty… same graty…
Głos dobiegał ze sterty rupieci na wozie. Wystawały z niej tylko nogi, a podarta tkanina co chwilę podrywała się od ruchów.
— O… to już coś wartego uwagi…
Łysawy mężczyzna wygramolił się na zewnątrz, trzymając w rękach półprzezroczystą, miejscami podartą narzutę. Obrócił ją przed oczami, oceniając.
— Hej, miła… chyba nie tam jedziemy… pr-r-r…
Zmrużył oczy, patrząc przez drzewa na ledwie widoczne zarysy zrujnowanego miasta.
— A ty gdzie jesteś?..
Mężczyzna odwrócił się ku tylnej części wozu, próbując znaleźć konia. Potem klepnął się w czoło.
— Łysa moja głowa…
Pomylił przód z tyłem. Odwrócił się, chwycił wodze.
— No ruszaj! Co stoisz, wieczoru czekasz?
Szarpnął raz, z krzykiem. Wóz znów zaskrzypiał i ruszył.
Mężczyzna obejrzał się na kokon. Jego spojrzenie się zmieniło, stało się chciwe, czepne. Powoli podszedł bliżej. Palce przesunęły się po gładkiej powłoce, twarz niemal przykleiła się do powierzchni, próbując dojrzeć, co jest w środku.
— No dalej… zobaczymy…
Nagle przed koniem rozległo się:
— U-i-i-frrr…
Ten stanął dęba, zarżał i się zatrzymał.
— Co tam znowu, starucho…
Mężczyzna oderwał się od kokonu i odwrócił naprzód. Z krzaków na drogę wyskoczyło stworzenie. Nie lis. Nie kot. Ruda sierść, krótki pysk, pionowe źrenice.
— Veyna… — wyszeptał mężczyzna. — Biała Veyna…
Chwycił niewielki worek i spróbował zeskoczyć z wozu. Noga trafiła na zgniły stopień, drewno chrupnęło i mężczyzna runął na ziemię. Zwierzątko drgnęło od hałasu i rzuciło się w krzaki.
— Psia wątroba! Niedoczekanie — nie uciekniesz, dziś mam szczęśliwy dzień! — mruknął mężczyzna, zrywając się i rzucając za nim.
Przedzierając się przez gałęzie i drapiąc o krzaki, coraz bardziej zbliżał się do zwierzęcia.
— No gdzie jesteś, mała skórko… Strend będzie zadowolony. Albert, dziś na pewno nie zostaniesz z niczym… wystarczy, żeby zamknąć dług za ten stary wóz… a może i zagram o ciebie…
Veyna zaplątała się w gęste korzenie, zasyczała, a jej sierść zaczęła zmieniać kolor z rudego na biały. Z głębi lasu dobiegł przeszywający pisk. Ptaki poderwały się z gałęzi, las jakby ożył.
Mężczyzna się zatrzymał.
— O nie… nie, nie… to mi się nie podoba. Chyba twoja mamuśka jest blisko…
Szybko wepchnął Veynę do worka i zaczął gorączkowo się rozglądać, próbując zrozumieć, gdzie jest droga. Krzaki wokół się poruszyły. Najpierw pojawiły się dwie białe Veyny, potem jeszcze dwie. Wyszły płynnie, niemal bezszelestnie, i zaczęły otaczać.
Gdzieś daleko, jakby nie tutaj, w ciemności mignęły linie:
wykryto nieznany podmiot…
zdalny dostęp potwierdzony…
proces restartu i połączenia…
Między drzewami przebiegło pomarańczowe światło.
— Iiiigg! — rozległ się krzyk konia od strony drogi.
Veyny położyły uszy i na moment się rozproszyły.
— A idźcie wy do diabła! — wrzasnął mężczyzna i rzucił się z powrotem.
Zahaczył o korę, upadł, ale od razu zaczął pełznąć, szybko przebierając rękami i nogami, nie wypuszczając worka. Kiedy wydostał się na drogę, zobaczył wóz i konia, dobiegł do niego i oparł się o burtę, próbując złapać oddech.
— Hy… hy… no co tak stoisz… ruszaj… jedziemy…
Zebrawszy resztki sił, Albert wdrapał się na wóz, podciągając nogi. Ale koń się nie ruszał. Stał jak wryty. Z lasu wychodziły już Veyny — powoli, z gracją. Zaczynała się ich gra. Rola łowcy się zmieniła.
— A sio! Wynocha! Nie zapraszałem was! A sio! — krzyczał Albert, wyrywając spod nóg szmaty i ciskając je w stronę zwierząt.
Worek w rękach drgnął. Veyna w środku zasyczała, wgryzła się zębami przez tkaninę i wyrwała się. Wskoczyła na krawędź wozu i śmignęła za małą dziewczynkę.
Dziewczynka siedziała pośród rupieci. Miała może czternaście lat. Jakby nie rozumiała, gdzie się znajduje: powtarzała ruchy Alberta, raz wyrzucała rzeczy za burtę, raz naciągała je na siebie, oglądając.
Albert zamarł.
— A ty jeszcze kto?.. Na twoją Udgałłę… a kokon?.. Gdzie kokon?!
Rozejrzał się na boki.
— Ty… ty wyrzuciłaś mój kokon?..
W jego głosie zabrzmiała panika. Veyna zasyczała u stóp dziewczynki. Albert cofnął się, nie odważając podejść bliżej.
— Odejdźcie! — powiedziała dziewczynka, jakby powtarzała coś zasłyszanego.
Veyny przy wozie zatrzymały się. Biała sierść powoli przeszła w pomarańczowo-czerwony kolor. Jeszcze kilka sekund — syczenie ucichło i zwierzęta równie bezszelestnie rozpłynęły się w lesie.
Spojrzenie Alberta przesunęło się ku szyi dziewczynki.
Wisiorek.
Ten sam.
Taki sam, jaki miała dziewczynka w kokonie.
— To moje…
Albert szarpnął się naprzód i zerwał go. Mała Veyna pisnęła i błyskawicznie skryła się pod ubraniem dziewczynki, nie raniąc jej, ale wciąż sycząc.
Dziewczynka nie zareagowała. Wzrok pozostawał pusty, martwy, lecz zatrzymał się na ręce Alberta — tam, gdzie krwawiło ugryzienie. Powoli wyciągnęła rękę i dotknęła rany. W tej samej chwili skóra rozbłysła ciepłym żółtym światłem. Krew zniknęła, rana się zasklepiła, zostawiając tylko cienką bliznę.
Oczy dziewczynki na moment błysnęły i osłabła, osuwając się na bok.
— Wspaniale… wspaniale! — zachwycony Albert wypuścił powietrze.
Zerwał się na nogi na wozie, nie wypuszczając wisiorka z rąk.
— No ruszaj!
Albert szarpnął wodze i nawet tupnął z podniecenia. Rozglądał się na boki, wciąż spodziewając się, że Veyny wrócą.
Las milczał.
Uśmiechnął się. Jadowicie.
I nagle rozległ się tętent kopyt.
Albert zesztywniał i odwrócił głowę. Z lasu wypadło dwóch jeźdźców od strony osady Kości. Twarze mieli wysmarowane białą sadzą, rysy zniekształcone. W rękach — włócznie, na ubraniach dyndały drobne kości zwierząt.
— Ooo! — ożywił się Albert. — A ja właśnie do was jechałem… do Strenda!
Spróbował się uśmiechnąć, nawet lekko się uniósł.
Jeźdźcy nie odpowiedzieli. W milczeniu obejrzeli wóz. Potem — Alberta.
I w następnej sekundzie jeden z nich uderzył go tępą stroną włóczni w szyję.
Koniec szóstego rozdziału.
Zaloguj się, aby zapisywać postęp czytania.







