TEKST ROZDZIAŁU
Rozdział 7 — „Rytuał krwi”
Albert nawet nie zdążył zrozumieć, co się stało. Świat popłynął, w oczach pociemniało i ciało runęło.
Dwaj jeźdźcy nie zamierzali niczego wyjaśniać. Przechwycili wodze i pociągnęli wóz razem z koniem w stronę osady Kości.
Bliżej obozu, po kilku godzinach, Albert zaczął odzyskiwać przytomność. Jeden z jeźdźców już uniósł włócznię, żeby znów ogłuszyć jeńca, ale drugi zatrzymał go krótkim gestem. Strend nie lubił czekać, a nieprzytomny dłużnik nie będzie mógł mówić.
Cios nie nadszedł.
Albertowi tylko dano do zrozumienia — ma milczeć. Inaczej zetną mu głowę.
Osada Kości wyglądała ponuro. Częściowo zawalony płot z bali, przekrzywione drewniane domy, niektóre — na topornych podporach. Wszystko nierówne, nagromadzone, jakby zbudowane na szczątkach starego świata.
Miasto było niewielkie, ale wielowarstwowe.
Na dole — błoto, doły, klatki.
Schwytani ludzie pracowali w milczeniu. Khemary wisiały w klatkach albo walczyły na śmierć w zagłębieniach wykopanych w ziemi.
Krzyki, warczenie, stukot.
Życie tutaj prawie nic nie znaczyło.
Albert siedział na wozie, pocierając głowę i bez większego zainteresowania rozglądając się wokół.
Wszystko było znajome.
— Złaź, robaku — rzucił jeden z „białych”. — I zabierz dziewkę ze sobą. Wódz będzie mówił.
Albert w milczeniu zeskoczył, wyciągnął spod ubrania małą Veynę i wepchnął ją z powrotem do worka.
Sięgnął po dziewczynkę, ale ta już się obudziła. Rozejrzała się, przeciągnęła.
W jej spojrzeniu widać było zdumienie.
Ale nie strach.
Dziewczynka sama wstała i poszła za nimi.
Przy dużym budynku rozwarły się wrota. Alberta i dziewczynkę wepchnięto do środka i poprowadzono długim korytarzem. Na ścianach miejscami wisiały obdarte sztandary z wizerunkiem drzewa — stare, pociemniałe, prawie starte.
Korytarz ciągnął się wąski i przytłaczający.
Na końcu otworzyła się sala.
W fotelu, rozwalony jak pan całego świata, siedział Strend. W ręce trzymał puchar z winem. Rozkazy wydawał leniwie, nawet nie próbując wstać.
— Och… Albert… drogi przyjacielu… — przeciągnął Strend, nie od razu spoglądając na gościa. — Zawsze cieszę się z powrotu dłużników. Czemu tak długo nie zachodziłeś?
W głosie pobrzmiewał sarkazm.
Spojrzenie przesunęło się ku dziewczynce.
Uśmiech stał się cieńszy.
— A to kto taki? Nowy gość? Wiesz przecież, że nie przepadam za babami… a ta jeszcze mała… koścista…
— Po co ją przyprowadziłeś?
Uśmiech zniknął.
Alberta i dziewczynkę brutalnie rzucono na kolana przed fotelem. Strend niespiesznie upił łyk.
— No? Przyniosłeś dług?
Albert na kolanach podpełzł do przodu.
— Tak… już jechałem do was, żeby oddać dług. Po drodze spotkałem twoich wojowników. Próbowałem wyjaśnić, dokąd jadę, ale nikt nie chciał słuchać… po prostu mnie ogłuszyli i sami przywieźli…
Strend roześmiał się.
— Achaha… Wygląda na to, że nie było cię tak długo, że już cię nie poznają. A wiesz, co to znaczy? Teraz jesteś winien dwa razy więcej.
Alberta gwałtownie chwycono za ręce i pociągnięto do tyłu. Zaczął się wyrywać.
— Mam coś!.. Mam czym spłacić dług, nawet więcej! — wrzasnął.
Strend machnął ręką.
— No mów. Skłamiesz — znów zapłacisz zębami.
Straż się zatrzymała.
— U niej… w worku była Veyna. Mała. I ta dziewczynka…
Strend już zaczął unosić rękę.
— Ona umie rozkazywać Veynom! Sam widziałem, jak kazała — i tamte odeszły!
Strend prychnął.
— Znakomicie. U mnie co dziesiąty tak potrafi po sercu Khemary. Ale co da ta? Wojownik z niej żaden. Ty jej w ogóle nie karmisz?
— Znalazłem ją w kokonie, w ruinach! — pośpiesznie dodał Albert.
— Mało. To za mało. Wybieraj — ręka albo noga. Wiesz, czego nie rozumiem? Kiedy przyszedłem do waszej osady, zdychaliście. Pomogłem wam. I co dostałem w zamian? Czy postanowiłeś powtórzyć za Sarą?
Gwałtowny ruch ręką.
— Do klatki z nim, do głodnych Khemarów. Zobaczymy, czy ta go uratuje… dowiemy się, czy dziś jest jego dzień. A zwierzątko — do kuchni.
Worek z Veyną wyrwano dziewczynce i rzucono pod nogi Strenda. Uderzył o podłogę i przenikliwie zapiszczał.
Oczy dziewczynki rozbłysły zielenią. Khemary w klatkach zawyły, powietrze w sali stało się ciężkie.
— Ją boli! — krzyknęła Diana i machnęła rękami.
Żółta fala przeszła przez salę cienkim sierpem. Uderzenie było jedno, ale wystarczyło — górę pucharu w ręce Strenda odcięło równo i czysto.
W sali zapadła cisza.
Każdy próbował zrozumieć, co się wydarzyło.
Strażnicy pierwsi rzucili się do dziewczynki, chwycili ją za włosy, szykując się do poderżnięcia gardła.
— Stać! — ryknął Strend. — Tępogłowi… Puścić ją!
Z wyraźnym zainteresowaniem wódz podszedł bliżej.
— No, to dopiero prezencik… Robaczku, nie spodziewałem się po tobie czegoś takiego.
Dziewczynka siedziała na podłodze, prawie nieprzytomna. W głowie wypływały urywki obrazów, nieukładające się w żadną całość. Nie rozumiała ani miejsca, ani tego, co się działo.
Strend, nie odrywając wzroku, ciągnął dalej:
— To z nawiązką wystarczy, żeby zamknąć dług. Ale skłamałeś mi, Albert. Nie powiedziałeś o takiej sile. A to już niebezpieczne.
Albert milczał, bojąc się głośniej odetchnąć.
Strend pochylił się i szturchnął dziewczynkę palcem — nie zareagowała.
— Hej… robaczku…
Potem wyprostował się, podniósł worek z Veyną, wyjął zwierzątko, chwycił je za tylne łapy i podsunął do twarzy dziewczynki.
— No i co powiesz? Podasz swoje imię? Czy będziemy bawić się dalej?
Veyna pisnęła, wijąc się.
W głowie mignęło wspomnienie: ktoś czyta książkę, obrazki, głos… i dwa słowa, które zostały szczególnie wyraźne — „magia”… i imię — Dianna.
Strend zmrużył oczy.
— Nie lubię, kiedy ktoś mnie ignoruje.
Ręka już uniosła się do ciosu, ale zamiast tego palce mocniej ścisnęły zwierzątko.
— Powiedziałam… puść ją… ją boli…
Głos zabrzmiał słabiej, ale powietrze znów zaczęło ciężknąć.
Strend uśmiechnął się.
— Powiedz, jak to robisz — i ją puszczę.
Dziewczynka podniosła głowę. Zielone oczy patrzyły prosto, bez strachu.
— To magia. I nie jestem robaczkiem. Jestem Dianna.
— Magia… — cicho powtórzył Strend. — Coś nowego. I chyba bardzo użytecznego.
Veynę rzucono z powrotem do dziewczynki. Strend podszedł do stołu, wziął nowy puchar, nalał wina i znów usiadł w fotelu.
— Albert, twój dług spłacony. Ale za kłamstwo zostajesz przy niej. Będziesz pilnował. Nauczysz ją służyć — będziesz wolny.
Łyk wina.
— Możecie odejść.
Dianę i Alberta odprowadzono do podupadłej chaty na skraju obozu. Na wpół zawalona, z przekrzywionymi ścianami i szparami między deskami, ledwo się trzymała i wyraźnie wymagała naprawy, ale dach był cały — nie przeciekał.
— Oto wasze mieszkanie — rzucił szorstko strażnik. — Dach jest, więc da się żyć.
Już odchodząc, dodał:
— Wóz z koniem znajdziesz sam.
Zwykłe warunki jak na to miejsce.
Diana zachowywała się jak zwykłe dziecko, które straciło pamięć. Patrzyła na wszystko szeroko otwartymi oczami, powtarzała słowa, czasem ruchy, jakby próbowała na nowo poskładać świat wokół siebie.
Veynę też zostawiono. Małą, rudą, zwinną. Dano jej imię — Rudka. Na początku zwierzątko nie odstępowało Diany ani na krok, chowało się za nią, syczało na wszystkich po kolei.
To właśnie Rudka zostawała przy niej, kiedy Albert na kilka dni wyjeżdżał po materiały do naprawy domu.
W te dni nikt Diany nie ruszał. Ludzie szeptali między sobą, wspominając stare podania — o pierwszych ludziach, których Udgałła ukarał, odbierając im pamięć i zostawiając, by błąkali się wśród żywych jak cienie przeszłości.
Omijano ją nie tylko dlatego, że była obca. Tutaj w ogóle nikomu nie ufano. Ale strach przed Strendem był silniejszy — jedno spojrzenie za dużo, jedno słowo za dużo mogły drogo kosztować. Łatwiej było nie zauważać.
Z czasem Diana zaczęła wychodzić do lasu z Rudką — tak kazał Strend. Wódz chciał widzieć rezultaty.
Polowanie przychodziło jej z trudem. Dianie się to nie podobało. Za każdym razem, kiedy Rudka rwała się naprzód, a zwierzę próbowało się wyrwać, w środku wszystko się ściskało. Ale wyboru nie było — w obozie Kości nikt nie pytał, czego chcesz.
Albert trzymał się blisko, obserwował, zapamiętywał. Z czasem coraz bardziej przywykał do Diany, a opieka przestawała być tylko rozkazem. Także jego zachowanie stało się bardziej zwyczajne i normalne.
Tak minął rok.
Pewnego wieczoru, po powrocie z polowania, zajęli się gotowaniem. W chacie było cicho — tylko ogień trzaskał i od paleniska ciągnęło dymem. Diana krzątała się przy kociołku, mieszając jedzenie, czasem krzywiąc się od gorąca. Rudka, jak zwykle, kręciła się obok — to przy drzwiach, to pod stołem, to układała się przy kominku, leniwie się przeciągając, ale jej uszy cały czas się poruszały, łowiąc każdy dźwięk.
— Znowu mi się śniło… — cicho powiedziała Diana, nie odwracając się. — Chłopiec. Bawimy się z nim… on się śmieje.
Albert podniósł na nią wzrok.
— I co jeszcze?
— Wozy… dziwne. Nie takie jak nasze. Żelazne. Same jadą.
Albert długo milczał, potem ciężko wypuścił powietrze.
— Myślę, że jesteś już dość dorosła, żeby zrozumieć… Pewnie tego nie pamiętasz. Znalazłem cię w ruinach. Pod gruzami. Byłaś… w kokonie.
Diana na moment zamarła, ale zaraz odwróciła wzrok, jakby nie do końca zrozumiała to, co usłyszała.
— A w lesie dzisiaj były zwierzątka — powiedziała już innym tonem. — Małe, z długimi uszami. I ptaki… tak dziwnie śpiewały.
Albert zrozumiał. Nie chciała ciągnąć rozmowy.
Nie naciskał.
Rozmowa zmieniła się — cicha, codzienna. Jakby nic się nie wydarzyło.
Jedzenie było prawie gotowe.
Diana zdjęła kociołek z ognia i postawiła go na stole.
— Rudka! — zawołała spokojnie.
Cisza.
Diana uśmiechnęła się lekko:
— Pewnie znowu gdzieś łazi.
Zaczęli jeść. Najpierw w milczeniu, potem wymienili parę zdań — wszystko jak zwykle.
Ale po kilku minutach Diana zamarła.
Coś było nie tak.
— Rudka… — tym razem uważniej.
Odpowiedzi nie było.
Albert też się zaniepokoił. Rudka tak się nie zachowywała.
Z zewnątrz dochodził zwykły hałas obozu — głosy, śmiech, przekleństwa. Nic niezwykłego.
Ale Rudka zawsze przychodziła na zawołanie.
Diana powoli wstała.
— Sprawdzę.
Wyszła z chaty, rozejrzała się i dopiero teraz poczuła — niepokój nie był na zewnątrz, był w środku. Od strony dołów, gdzie miejscowi zwykle zbierali się oglądać walki Khemarów, dobiegał hałas. Śmiech, krzyki, głuche uderzenia. Tam znowu coś się działo.
Diana poszła za dźwiękiem i wkrótce zobaczyła tłum przy krawędzi jamy. Na dole, w zamkniętej przestrzeni, walka już trwała. Z jednej strony — Rudka, z drugiej — głodna Khemara. Zwierzęta starły się od razu, zęby rwały ciało, łapy uderzały o ziemię, a każdy nowy kęs wywoływał z góry pomruk aprobaty. Rudka ustępowała siłą, ale była syta i poruszała się inaczej — nie pchała się na oślep, odskakiwała, męczyła przeciwniczkę, czekając na moment. Khemara rwała się ślepo i wściekle, aż w pewnej chwili popełniła błąd — Rudka gwałtownie uskoczyła w bok i wgryzła się jej w gardło. Krótkie szarpnięcie — ciało Khemary zwiotczało.
Tłum eksplodował krzykami. Kilku ludzi zeskoczyło na dół, rozdarło tuszę i wyciągnęło serce — ciemny kryształ, który od razu przełamali i z chrzęstem połknęli surowy. Jeden z młodych wojowników, śmiejąc się, podszedł do klatki.
— No zobaczymy, czy jestem wybrany… Chodź tutaj, Rudka…
Otworzył kratę i wyciągnął ręce, jakby przywoływał psa. Rudka, ciężko oddychając i kulejąc, powoli ruszyła ku wyjściu.
— Właśnie tak… grzeczna… teraz jesteś moja…
Zwierzątko było posłuszne aż do samej krawędzi. A potem nagle się rzuciło. Wgryzło mu się w rękę, krzyk przeciął hałas tłumu. Chłopak próbował strząsnąć Veynę, bił ją, szarpał, ale ta nie puszczała.
— Rudka!
Diana zerwała się z miejsca. Kiedy dobiegła, zwierzątko już osłabło i poleciało w bok, upadając na ziemię. Chłopak, dysząc z bólu, uniósł nogę, żeby dobić.
— Nie ruszaj! — krzyknęła Diana.
Upadła obok Rudki, przycisnęła ją do siebie i dotknęła ran. Światło miękko rozbłysło w dłoniach — ciepłe, żółte, otulając ciało. Krew się zatrzymała, rany zaczęły się zaciągać. Hałas wokół ucichł, ludzie zaczęli się cofać, spoglądać po sobie. Przy jamie zostało tylko kilku gapiów.
Chłopak usiadł na ziemi, trzymając się za rękę, nie rozumiejąc, co się dzieje. Diana ostrożnie opuściła Rudkę, wstała i podeszła do niego. Jej wzrok na sekundę stwardniał — ręka prawie się uniosła, ale Diana zamarła, przypominając sobie słowa Alberta. Ci ludzie nie byli tacy od początku.
— Daj rękę — powiedziała spokojnie i pokazała gestem.
Chłopak się wahał, ale podał ją. Diana dotknęła — światło rozbłysło znów, słabiej, ciężko. Rana zaczęła się zamykać. Dziewczyna napięła się, doprowadziła leczenie do końca i cofnęła się. Zakręciło jej się w głowie, ciało stało się ciężkie.
— Więcej… tak nie rób…
Diana spróbowała odejść, ale siły ostatecznie ją opuściły i runęła na ziemię. Rudka, która już doszła do siebie, pierwsza podbiegła — zaskomlała, oblizała jej twarz, próbowała ją ciągnąć. Po chwili pojawił się Albert. Szybko zrozumiał, co się stało, wziął Dianę na ręce i w milczeniu zaniósł z powrotem. Tłum już nie krzyczał — teraz tylko na nią patrzył.
Albert zaniósł Dianę do chaty, położył na łóżku i przykrył, żeby doszła do siebie. Rudka ułożyła się obok, nie odstępując jej ani na krok, cicho warcząc na każdy dźwięk z zewnątrz.
Noc zmieniła się w poranek. Diana obudziła się tak, jakby nic się nie wydarzyło — tylko lekka słabość przypominała o wczorajszym. Wyszła na zewnątrz, a przy wejściu czekali już posłańcy.
— Strend chce was widzieć — powiedział krótko jeden z nich. — Teraz.
Diana wymieniła spojrzenie z Albertem. Rudka, nie czekając, już szła obok.
Zaprowadzono ich do sali.
— No wchodźcie, siadajcie! — z udawaną radością zawołał Strend, wskazując na stół zastawiony owocami. — Już myślałem, że sami będziemy musieli do was iść. Częstujcie się, to dla was.
Strend zerwał kiść winogron i zaczął jeść, uważnie obserwując ich reakcję.
— Czekałem, aż Diana dojdzie do siebie — spokojnie odpowiedział Albert. — Po wczorajszym straciła przytomność.
— Hm… po wczorajszym? — Strend uniósł brew, udając, że nic nie wie. — A cóż takiego się stało?
Albert zawahał się na sekundę.
— Veynę… ukradli. Wrzucili do jamy. Kiedy ją znaleźliśmy, była bliska śmierci. Diana… wyleczyła ją. Nie rozumiem jak. To… cud Udgałły.
— Cud, mówisz… — Strend uśmiechnął się krzywo. — Jedzcie, jedzcie. Jeśli dziewczyna mdleje, musi nabierać sił!
Odchylił się w fotelu, nadal obserwując.
— A jak tam z panowaniem nad Veyną? Wychodzi?
— Tak… ale… — Albert urwał. — Więcej czegoś takiego… nie było.
— Magii? — cicho doprecyzował Strend.
— Nie — szybko odpowiedział Albert.
Diana w milczeniu jadła winogrona, czasem rzucając jagody Rudce. Ta łapała je prosto w locie.
Strend się uśmiechał, ale spojrzenie miał zimne.
— No i dobrze. Czyli nie wszystko jest takie proste. — Przesunął dłonią po brodzie. — Znachorka, która leczy bez ziół… szybko i bez zbędnego hałasu… przyda nam się.
Strend na chwilę się zamyślił.
— Dość z polowaniem. Przez rok niewiele z tego pożytku. Niech robi to, co wychodzi jej najlepiej.
Wstał.
— Wszystko. Mam sprawy. Zabierajcie jedzenie i idźcie.
Wyszli.
Strend został sam i już bez uśmiechu wpatrywał się w jeden punkt. Nie miał wątpliwości — da się to wykorzystać. I trzeba.
Od tego dnia wszystko się zmieniło.
Najpierw ludzie przychodzili ostrożnie. Nocą, pojedynczo. Ukrywając się, oglądając za siebie, niemal szeptem prosząc o pomoc. Potem — za dnia, ale wciąż starając się nie przyciągać uwagi. Strach nadal ich trzymał.
Ale z czasem strach zaczął odchodzić.
Przez trzy lata Diana dorosła. Nie była już dziewczynką — stała się młodą kobietą. Jej siły też się zmieniły. Jeśli wcześniej mogła pomóc jednej czy dwóm osobom, teraz przyjmowała dziesiątki. Męczyła się, słabła, ale nie odmawiała.
Ludzie zaczęli przynosić jedzenie, zioła, skóry. Ktoś dziękował otwarcie, ktoś — szeptem. Niektórzy już nie ukrywali, że w nią wierzą.
I to zmieniało obóz.
Khemary podporządkowywały się łatwiej. Ludzie stawali się silniejsi… i twardsi. Spojrzenia się zmieniały. Zachowanie też.
Strend miotał się po sali, jego kroki głucho odbijały się od kamiennych ścian. Ręce drżały mu z napięcia. Chwycił ze stołu puchar i z całej siły cisnął nim o ścianę — roztrzaskał się, rozlewając wino ciemnymi plamami po kamieniu.
— Za dużo… — wysyczał Strend pod nosem. — Za szybko…
Zatrzymał się, oparł ręce o stół, ciężko oddychając. Przed oczami wypływały twarze — ludzie, którzy nie patrzyli już tak jak wcześniej. W ich spojrzeniach pojawiło się coś innego. Nie strach. Nie uległość.
Oczekiwanie.
Strend wyprostował się i zrzucił ze stołu wszystko, co wpadło mu pod rękę. Naczynia z hukiem poleciały na podłogę.
— Ja ich wyciągnąłem! — niemal krzyknął w pustkę. — Ja dałem im siłę! Ja dałem im sens!
Cisza w odpowiedzi tylko wzmogła irytację.
Zaczął chodzić w kółko, szybciej, nerwowo.
— A teraz… dziewczyna… — Strend uśmiechnął się krzywo. — Przez cztery lata wyrosła mi pod nosem… i już „cud”…
Podniósł wzrok na ścianę, po której wciąż spływało wino.
— Zabić?..
Strend pokręcił głową.
— Nie… nie… głupota…
Zatrzymał się, powoli wciągnął powietrze.
— Zbyt użyteczna.
Strend pochylił się, podniósł z podłogi odłamek pucharu — ten sam, który przetrwał prawie cały, tylko z pęknięciem przy krawędzi. Przesunął palcem po ukruszeniu, zamyślony.
Krew.
Kropla wystąpiła na skórze.
Zamarł.
Spojrzenie się zmieniło.
Myśl przyszła nagle. Czysto. Jak uderzenie.
— Krew… — cicho powiedział Strend.
Spojrzał na swoją dłoń, potem na salę.
— Jeśli wierzą w nią… to znaczy, że ona musi być moja.
Uśmiech powoli rozciągnął się na twarzy.
— Nie tylko obok… nie tylko pod kontrolą…
Strend mocniej zacisnął odłamek.
— Moja.
Już nie chodził — stał spokojnie.
— Rytuał… — wyszeptał Strend. — Związać. Przywiązać. Uczynić częścią…
Cicho się roześmiał.
— Wtedy niech wierzą… Ale wierzyć będą we mnie.
Strend rzucił odłamek z powrotem na podłogę.
— Przygotować wszystko — powiedział już głośniej, jakby ktoś go słyszał. — Zebrać ludzi.
— Czas pokazać im… do kogo należą.
Już od rana po obozie rozszedł się słuch — wieczorem odbędzie się rytuał krwi. Mówiono, że Strend przyjmie Dianę do rodziny. Dla wielu brzmiało to jak zaszczyt. Dla Alberta — jak wyrok. Próbował nie okazywać niepokoju, uspokajał Dianę, mówił, że to tylko kropla krwi w pucharze, nic więcej, i że jak wcześniej będzie obok.
Wieczorem cała osada zebrała się przy wielkim ognisku. Wino lało się strumieniami, ludzie krzyczeli, śmiali się, tańczyli, rozgrzewając się przed czymś ważnym. Kiedy Strend wyszedł naprzód, hałas stopniowo ucichł.
— Całe życie marzyłem o takiej córce! — zaczął głośno, rozkładając ręce. — I lepszej nie znajdę!
Zrobił pauzę, rozglądając się po tłumie.
— Ona, tak jak ja, czyni tę osadę silniejszą. Pomaga jej przetrwać. I choć jest młoda — zostanie moją prawą ręką. Godną następczynią.
Głosy ucichły całkowicie.
— Wymieńmy więc krew… i opróżnijmy kielich do dna!
Strend wyjął nóż, naciął dłoń i podstawił żelazny puchar. Krew powoli go wypełniła. Nóż podał Dianie.
Dziewczyna zamarła tylko na sekundę. Pod ciężkim spojrzeniem Strenda zrobiła to samo.
Ich krew zlano do dużej czary.
Strend pierwszy upił łyk. Potem zmusił Dianę, by zrobiła to samo.
— Teraz jest moją córką — powiedział cicho, ale tak, by usłyszeli wszyscy. — A wy — moją rodziną. Pijcie.
Do czary dolano wina i najbliżsi zaczęli po kolei przykładać ją do ust.
Z każdym łykiem wypitym przez innych Diana czuła się gorzej. Najpierw — słabość. Potem — ciężar w ciele. Świat zaczął płynąć.
Gdzieś w głębi, w ciemności, rozbłysły linie.
Przeciążenie…
Sieć przeciążona…
Analiza…
Wykryto nieznane podmioty…
Optymalizacja… niemożliwa…
Odłączenie procesów zewnętrznych…
Ochrona głównego podmiotu…
Światło stawało się coraz jaśniejsze, a ciało przestawało słuchać.
Wszystko wokół zwolniło.
Diana zobaczyła, jak biegnie do niej Albert. Jak Rudka rwie się za nim, piszczy, nie rozumiejąc, co się dzieje. Ale dźwięki już do niej nie docierały.
Oczy same się zamknęły.
I w tym świetle zobaczyła jego.
Chłopca.
Stał przed nią… też wewnątrz kokonu. Diana nie wiedziała, kim jest. Ale czuła — bliski. Ciepły. Swój.
W tej samej chwili fala siły rozeszła się od niej.
Ludzi odrzuciło, ogień się zachwiał, wzbił się pył. Wszystko wokół na moment zniknęło w gęstej mgle.
Kiedy opadła, obóz zamarł.
Przed nimi stał kokon.
Duży. Gęsty. Żywy.
W środku — Diana.
Albert podbiegł pierwszy. Przyłożył dłoń do powierzchni.
Ciepły. Żywy.
Poczuł bicie serca. Diana była w środku. I żyła.
Ludzie zaczęli opadać na kolana. Ktoś szeptał, ktoś płakał, ktoś po prostu patrzył, nie mogąc oderwać wzroku. Z głębi tłumu ktoś wyrzucił z siebie:
— To znak Udgałły…
Słowa podchwycili inni. Najpierw cicho, potem głośniej.
Strendowi pozostało tylko patrzeć, jak fala wiary zalewa obóz.
— Udgałła dał nam znak! — krzyknął, przekrzykując pomruk. — To znaczy, że jesteśmy na właściwej drodze! Musimy wznieść miejsce kultu!
Tłum zaryczał, przyjmując jego słowa jak prawdę. Do samego rana obóz pił i świętował, jakby zapominając o wszystkim, co się stało.
Następnego dnia, po krótkim odpoczynku, Strendowi zaproponowano miejsce na świątynię — jaskinię w lesie, ukrytą między skałami. Kiedyś znajdowało się tu sanktuarium osady Gęstego Lasu.
Oczyszczono ją w zaledwie kilka dni. Odłupywano kamień, wynoszono ziemię, wzmacniano wejście, stawiano podpory. Pracowali bez przerwy, jakby sami nie czuli zmęczenia.
Kokon przeniesiono tam ostrożnie, jak świętość. Ustawiono go w głębi, gdzie jedyny promień światła przebijał się przez szczelinę w skale i padał prosto na niego, rozlewając się po ścianach miękką pomarańczową falą.
Sam kokon jakby odpowiadał na to światło — świecił od środka, ciepło i równo, jakby oddychał.
Ludzie przychodzili patrzeć. Najpierw z daleka. Potem bliżej.
Właśnie wtedy Strend zaczął dostrzegać zmiany.
Ci, którzy pili z czary w noc rytuału, stali się inni. Silniejsi. Bardziej wytrzymali. Ruchy mieli pewniejsze, spojrzenia — spokojniejsze. Mniej się spierali, szybciej wykonywali rozkazy, jakby coś w środku się wyrównało.
Strend obserwował. Długo. W milczeniu.
I zrozumiał.
Krew to nie tylko symbol.
To więź.
Myśl zaczepiła się i bardzo szybko rozrosła.
Ofiary zaczęły się niemal od razu.
Do jaskini zaczęto przynosić serca bestii — świeże, jeszcze ciepłe. Układano je u samego kokonu na stopniach, jak dary. Strend sam zrobił pierwsze nacięcie na powierzchni kokonu. Wystąpiła z niego gęsta, świecąca ciecz.
Kazał zbierać ją do czar.
Pić — tylko wybranym.
Efekt był szybki. Drobne rany zasklepiały się na oczach. Zmęczenie odchodziło. Ludzie czuli przypływ sił.
Ale trwało to krótko.
I to Strendowi odpowiadało.
Ludzie zaczynali wracać.
Znowu i znowu. Prosić. Przynosić. Wierzyć.
Niektóre serca znikały, rozsypując się, a nacięcia na kokonie się zasklepiały.
Plotki zaczęły pełznąć poza obóz. Najpierw jak szept, potem jak opowieści — o dziewczynie w kokonie, która daje siłę Obozowi Kości. Legenda zaczęła żyć własnym życiem.
Pewnej nocy w lesie zrobiło się niespokojnie. Straż przy wejściu do jaskini nie od razu zauważyła obcych. Cienie poruszały się szybko, niemal bezszelestnie. Czarne ubrania ciasno przylegały do ciał — dziwne, gładkie, bez futra, niepodobne do niczego w obozie. Obcy nie krzyczeli, nie porozumiewali się między sobą, działali zgodnie.
Pierwszy cios był precyzyjny — jeden ze strażników runął, nie zdążywszy nawet krzyknąć. Drugi drgnął, żeby podnieść alarm, ale strzała już weszła w szyję, urywając dźwięk.
Szli do kokonu. Celowo. Jakby znali drogę.
Prawie u samego celu alarm jednak wybuchł — Rudka pierwsza wyczuła obcych, zasyczała i rzuciła się ku strażnikom, podnosząc hałas. Ale pierwsi do jaskini wbiegli nie wojownicy, lecz ci, którzy przychodzili się modlić. Bez broni, w porywie ślepej wiary, ludzie rzucili się na nieznajomych, chwytając ich rękami, przewracając, nie pozwalając się ruszyć.
Kiedy Strend przybył z wojownikami, starcie już dogasało.
— Przestać! — ryknął. — Tego zostawić żywego.
Ostatniego przyciśnięto do ziemi. Jeniec ciężko oddychał, ale się nie opierał, patrząc gdzieś przez wszystkich.
— Nie zabijać. Dowiedzieć się, kto ich posłał — warknął Strend.
Na moment wszystko zamarło. W ręce jeńca mignęło coś metalowego.
Głuchy trzask.
Dźwięk był krótki, ostry — wszystkim zatkało uszy. Ciało obcego zwiotczało.
Strend zamarł na sekundę, potem twarz wykrzywiła mu złość.
— Znaleźć pozostałych! Przeczesać las!
Ale było już za późno. Las milczał.
Podszedł do ciała, przykucnął, przesunął dłonią po ubraniu. Materiał był cienki, mocny, gładki, zupełnie inny niż skóry czy tkanina, do których byli przyzwyczajeni.
Nie ich. Nie z obozu.
Strend wyprostował się. W oczach pojawiła się zimna złość.
— Sara… — powiedział cicho.
Tylko ona mogła się na coś takiego zdecydować. Tylko ona miała ludzi, kuźnie… i głowę, żeby wymyślić coś podobnego.
Zacisnął pięści.
— Przyjdę po ciebie… — wyszeptał Strend. — I odpowiesz. Za wszystko.
Strend odwrócił się ku jaskini, ku kokonowi, w którym miękko pulsowało światło.
— Nikt… — dodał cicho — nie odbierze mi tego, co należy do mnie.
Koniec siódmego rozdziału.
Zaloguj się, aby zapisywać postęp czytania.








